niedziela, 19 grudnia 2010

paternity

Dziwię się, że jest w ogóle takie słowo. W języku biologii, bo w obyczaju i prawie jakoś łatwiej uznać jego istnienie. W biologii jest reproduktor, nie ma miejsca na uczucia.
Uczucia to mają matki, są zasobnikami emocji, jak rezerwuary pitnej wody na rzekach grodzonych tamami. Matce wolno z reproduktorem zrobić dokładnie wszystko, najlepiej zaś starannie ścierać z niego skórne powłoki, po mikrometrze, jak lotne piaski czynią z antycznych rzeźb bezkształt - tak pozbawić go cech, wyróżników i immanentów. Wolno wyrzucić w jednej koszuli za drzwi, z dala od dziecka, a później na dobro tego dziecka się powołując przecie się mówi o odejściu, porzuceniu, wychowawczym niespełnieniu. Jest to zemsta: podobno jadł pizzę. Jeść mu wolno tylko z dzieckiem, samemu nigdy! 
Nie masz skuteczniejszej metody złamania człowieka nad psychiczną szykanę, dozowaną pomaleńku. Matka może stanąć naprzeciwko takiego i powiedzieć: ja będę cię teraz szkalować, ja ci teraz opowiem, jakie rzeczy najgorsze i ostatnie projektowałam na twój temat tym, których dawniej miałeś za przyjaciół, ja ci teraz w ślepia napluję, pod skórę jadem natryskam - ale stój ty! Nie garb się! Mi wolno, tyś nas zostawił.
No przecież wyrzuciłaś mnie z domu, jak stałem!
Ty mi uczyniłeś najgorszą krzywdę, ja cię będę teraz niszczyć, zszargam ci opinię, zostaniesz jak palec sam i nikt cię nie pożałuje - ale ty! Ty mnie będziesz szanować, boś mi winien za mą niedolę.
Ale ty mi nie jesteś do niczego potrzebna, nigdy więcej, po prostu. Ani twoje dobre, ani złe słowo.


Teraz zamień każde wystąpienie w roli matki na rzeczywiste: wściekłej baby. Dziecko, naszprycowane słodyczami, otumanione kreskówką, łka cicho w kącie.

sobota, 18 grudnia 2010

A jak oni tam umierali!

To wszystko w czasach, gdy gorące, lepkie lipce końca lat dziewięćdziesiątych tłumiły baczność słodkim bzyczeniem miodnych pszczół. Poniżej lipowych koron, kwater ich buzowania, w ziemskim pyle ludzkość przedstawiała swe łatwe do przeoczenia dramaty.
Czarną serię rozpoczął trzydziestoparolatek, nieestetycznie rozmazany na płasko na drodze krajowej przez dalekobieżną ciężarówkę, gdy po pracy wracał motorem do domu. Oprócz motoru miał jeszcze trzy, zdecydowanie nie tak hołubione, miłostki: brzydką krzywonogą żonę i dwóch synów. Gdy ojca zabrakło, oczywisty scenariusz zagrało życie. Wyrostki dosłownie wlazły matce na głowę, po ulicy zaczęły biegać nie kiełznane dobermany, a w gaiku za gimnazjum na głowach tłukły się z brzdękiem flaszki po prycie. Stara, przykuta do wiklinowego bujanego fotela znienawidzona świekra doświadczyła nie raz swądu papierosów gaszonych na płytce paznokcia. Powtórzy się już niedługo, gdy pokracznej matce już sił całkiem przestanie starczać, a młodzieńcy osiągnąwszy pełnoletniość drwić zaczną sobie w żywe oczy z zakonu, znana w sąsiedztwie historia: wdowa uzupełni galerię cieni Czarnych Matek. Takich matek poznali już wcześniej trzy: przekleństwem dla każdej było, że urodziła syna. Chłopcy byli za młodu piękni, pewnie bystrzy. Nie zaznawały ustanku ich hulanki i popisy, nie przestawał wirować wianuszek dziewcząt - aż ich zżarła własna hardość.
Pierwszy, z zawodu surwiwalowiec - umiał przynieść do domu zawsze coś do jedzenia, zazwyczaj gołębia lub rybę - pił nieustannie. Pił, a gdy matka wrzeszczała na niego jak na trzylatka, w odwecie łomotał ją starą po całym ciele aż trzeszczało; twarda z niej sztuka, nigdy się nie uskarżała. Wreszcie którejś nocy po prostu zmarła, okazało się, że na rozległego raka z przerzutami do wszystkich narządów. Dobrze jeszcze kwiaty nie uschły na cmentarnym pomniku, a jej wnuczkę przyłapano, jak w ciasnej wynajmowanej pakamerze obsługiwała z koleżanką na jednej pryczy czterech robotników z Gorlic, zatrudnionych przy remoncie szkoły.
Matka drugiego wysiłkiem młodych rąk skrobała stołeczne cegły piwniczne ze starego cementu i organicznych śladów obu powstań, odbudowywała krajowi Warszawę. Pracowała ciężko dojeżdżając codziennie tam i z powrotem 90 kilometrów zatłoczoną koleją, do której szła godzinę przez pole i las. Wychowywała trójkę, trzymała te kury, te kaczki w mikrym ogródku upstrzonym malowniczą wieżyczką z klatek na pomieszkanie bożemu tałatajstwu. Warzywa rosły, i jeszcze nawet miejsce na psią budę dla łagodnego, starego wilczura się znalazło. Brała wnuki na kolana i - jak to przedwojenna matka - domagała się od swojego syna ślubu, choć sama rozwiedziona wiedziała, że małżeństwo to nie zawsze może być najlepszy interes. Syn zemścił się na niej okrutnie, powróciwszy po dwóch latach burzliwego związku i spłodzeniu córki na łono macierzyńskie. I kolejny jego związek rozpadł się z hukiem, gdy rozwódka, która przygarnęła go do siebie, zostawiła dom, dorastających synów; postawiwszy wszystko na jedną kartę wyjechała na zachód. Matka była dlań winną każdego powinięcia stawianej byle jak stopy, ale bez szemrania przygarniała do strudzonej piersi, by na starość oślepnąć i nie móc się doprosić swoich dzieci o umycie pleców. Zniedołężniała, trzymana w kuchennym fotelu, nigdy nie doczekała się w domostwie bieżącej wody. Gził się przy staruszce, gdy ociemniała, z kolejną - w jednej izbie. Konkubina odeszła - więc pił przez miesiąc i rzygał przed siebie, tamta wracała, przyjeżdżała, ugotowała. Matka, idąc jak zwykle po omacku do kibla wedle węglowego pieca wylała na siebie w katolicką Wielką Noc gar gulaszu. Obudzony, jak łomotnął nią w to rozlane duszone mięso z sosem, jak wytargał za siwe włosy raz i drugi. Wylew rozległy, śmiertelnie zraniona dozgonna i niezłomna miłość czy przejmujące upokorzenie - zmarła za kilka dni, zabierając ze sobą księgę tajemnic brunatnych lat wojny, gdy nie sama umiejętnie lawirowała między żydowską, kacapską i nie wiadomo jaką jeszcze tożsamością.
Dla synów los był łaskawy, obchodził się z nimi delikatnie jak Anglicy z kradzionymi pędami kauczukowca. Jednak nie dla wszystkich. Ten z początku ulicy, syn trzeciej Czarnej, a brat smutnej blondynki, która w przebudowanym garażu świadczyła wyszynk z małą gastronomią, został znaleziony w wigilię zaduszony własnymi rzygami po denaturacie. 
Wreszcie były i matki, którym dzieci udały się znakomicie, ale mężów sito opatrzności nie odsiało. Biedna krawcowa rodziła te dzieci, rodziła je dzielnie mężowi pijakowi. Mieszkali w dziwnym baraku: po lewej stronie wąskiego korytarzyka malutkie pomieszczonka, jedno na kuchnię, drugie na pierwszych troje dzieci, drugie na kolejnych czworo, trzecie dla krawcowej, staroświeckiej maszyny do szycia, rozpłodowego pijaka, no i dziada z babą - jego rodziców. A po prawej w klatkach tłuste nutrie hodowane na futro, na oko dla każdej zdecydowanie większy metraż niż dla członków ludzkiej rodziny po lewej. Gdy Ludowe Chiny zalewały gospodarki byłych demoludów swoimi pstrokatymi szmatami, a mąż zalewał się tak, że ani razu w tygodniu nie był w stanie iść do pracy, pozbawiona nadziei i niepotrzebna, nieszczęśliwa kobieta utopiła się w studni.
Inna położyła głowę pod szczeciński ekspres, i ta głowa skutecznie ucięta potoczyła się w rów, znacznie oddalając termin pogrzebu. Kto by zresztą wytrzymał mieszkanie w jednym domu z byłym mężem, który z nową, młodszą, obrasta w kolejne dzieci i dobrobyt nuworysza, bo w najlepszym momencie wstrzelił się z bengalskimi stanikami na Jarmarku Europa? Po latach musiał jednak i on zaprzestać dostojnego rytuału rodzinnego mycia samochodu na podjeździe w słoneczne soboty, gdy żonę - tę nową, młodą - oblali mu wrzątkiem koledzy ze stadionu, zadbawszy wcześniej o staranny knebel i przymocowawszy kablem do krzesła. Nie chciała powiedzieć, gdzie trzyma pieniądze, a niemożność samodzielnego ustalenia tego faktu wprawiła bandytów w prawdziwą furię.
Jeszcze jedna, młodo owdowiała, upchnięta po latach samotnego wychowywania córek w pokoiku na stryszku, zaprosiła gościa w wieczór, gdy panny po raz pierwszy samotnie wypuściły się na zabawę. Dostała zawału uprawiając seks na drzwiach; zabił ją pierwszy po pewnie piętnastu latach orgazm. Córki na zawsze pozostały naznaczone nieszczęściem, zięć niefortunnej kochanki powiesił się na drzewie którejś zimy, zaraz po nowym roku, właściwie nie wiadomo dlaczego. Podobno prowadził nie z tym co trzeba swe wcale intratne interesy.
I nagle na głęboką wodę. Jak tu nagle taki czternastolatek, wychudły, niepewny siebie, labilny, ma iść do szkoły - szkoły średniej, i to jednak w mieście, dużym stołecznym, wyrwać się z tego ponurego zadupia we wstrętnym granatowym kardiganie w duży serek?

piątek, 17 grudnia 2010

cosmopolitan. feel like nyc.

Składniki: 60 ml wódki, 30 ml cointreau, 30 ml soku żurawinowego, sok z połowy limonki, pół łyżeczki drobnego cukru
Szkło: kieliszek do martini (koktajlowy)
Przepis: Wypełnij 3/4 shakera lodem, dodaj wszystkie składniki i dokładnie wymieszaj. Podawaj w schłodzonych kieliszkach do martini.

sobota, 4 grudnia 2010

Nadeszła zima!

Najpierwsza z cudownych właściwości radosnego odurzenia, czyli patologiczne niezważanie na postępujący rozkład struktur codzienności, pomału stygnie. Z fazy zapoznania, pierwszego uścisku, pocałunku i stosunku, poprzez fazę burzliwego romansu i euforycznego zakochania, dotarłem do ściany realności.
Cały tydzień wdrażać będę demiurgiczny porządek w życie powszednie mas społeczeństwa, pracujących miast i wsi, przemierzających corocznie równiki kolei żelaznych w drodze do swoich szkół, urzędów i kombinatów. Dokładam uroczyście do mej kolekcji wydanie numer chyba ze piętnaście rozkładu jazdy kolei na półkę obok starszych kolegów, wwąchuję się w jego druk, opuszkiem macam wypukłości. Jestem współautorem tego dzieła i potrząsa mną radosne podniecenie. Ach.
A wdrażając kolumny cyfr będące wynikiem wspaniałej funkcji ruchu, ewokując kinetykę, nieznośnie tęsknię.

wtorek, 16 listopada 2010

Dobrze mi się chodziło w nocy z tobą po tych wszystkich tutaj rzeczach.

- Ale tak dziwnie się czuję jak tu teraz jestem, i na te właśnie rzeczy z okna na wysokim piętrze patrzę. Bo mówiłem ci, ze to dla mnie nowa jest sytuacja, że to ja właśnie wracałem do tamtej małej mieściny zawsze, i tam się działo jakby nigdy nic ze mną potem. A teraz tu żyję i jakby jestem nie z tego świata, bo dotknąć już tego nie mogę, no bo jak z dziesiątego piętra.
- Przecież wiem to wszystko, wszak też na wysokie piętro wlazłem a teraz jestem całkiem na dole. Wiem całkiem dobrze, co to jest za we mnie emocja.

niedziela, 7 listopada 2010

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Kiedyś, zamiast pisać, rysować kreski i dziadować sobie radośnie, postanowiłem być normalnym człowiekiem i mieszkać w czystym mieszkaniu. To nie było zbyt mądre. Potem nauczyłem się robić rzeczy, których nie umieją inni ludzie, i jednocześnie wstąpiłem do pedalskiej mafii. Ale z tym pisaniem i rysowaniem kresek byłoby mi chyba jednak wygodniej w życiu. Z samym sobą w sercu. W międzyczasie konta google wyparły inkaust, i w finale znalazłem się tu. To będzie bardzo miłe i ciekawe raz na jakiś czas napisać tutaj, o co chodzi w życiu, na świecie i mojej głowie, aż mi się znudzi, ha.
Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że męski kutas jest najbardziej zajmującą zabawką w świecie, w wieku jakichś dziesięciu lat, kiedy jak każdy chłopiec, oprócz biegania po dworze i zdzierania sobie kolan, zacząłem intensyfikować gmeranie we własnych gaciach i obserwować cudowną przemianę, jaka tam w wyniku mojej działalności następuje. Naturalnie, na płaskiej i nudnej nizinie mazowieckiej, w jednej z dziesiątek mieścin polski b, w której istotne wydarzenia to doroczny parafialny odpust i czwartkowy targ, odkrycie to niosło za sobą intensywne przeżycia duchowe połączone z poczuciem wyrzutu wobec bożej matki zawieszonej, według miejscowego stylu czwartoklasisty na rzemyku na piersi, w postaci owalnego medalika zatopionego w sercu z plastiku niezdarnie imitującego bursztyn. Dziwne pomieszanie katolickich uniesień, astronomicznych anomalii - wielka świecąca białym światłem kometa i zaćmienie słońca to były rzeczy, które bardzo na mnie działały - no i dziewiczych wzwodów to była trudna mieszanka, nadająca waleniu konia wymiar eschatyczny. Dopóty, dopóki jednak było to doznanie intymne, sam sobie dawałem przyzwolenie do eliminowania go z własnej świadomości. Wszystko do czasu.
Nadeszły deszczowe wakacje, spędzane w jakichś Borach chyba Tucholskich pod namiotem, o zgrozo na obozie harcerskim. Poza kilkoma elementami paramilitarnej tresury, dostarczanymi przez umundurowanych frustratów, atrakcyjność polegała przede wszystkim na siedzeniu czy leżeniu na pryczach i gadaniu o świecie. Właśnie w momencie, gdy między dziecięce dyskusje o tym, czy matematyka jest trudna i co robi czyja mama, zakradać się zaczęły dygresje o cyckach i sikaniu we wzorki po śniegu. No i okazało się, że każdy, każdy jeden kocyk faluje przy zasypianiu. Ej, chłopcy, wspólne mycie w namiocie z miednicami, obłapianie się za ręce czy nogi, niby dla żartu. Wreszcie ten z sąsiedniego łóżka, gdy wszyscy już spali lub tylko udawali, a ulewa barabaniąca o brezent tłumiła dźwięki, wszedł pod mój koc, i zapytał czy mi stoi. Tak, stał, jemu też, macanki bez ejakulatu - to jednak jeszcze nie ten wiek. Żaden z nas nie wiedział jeszcze o co chodzi, ale atawistyczny pomysł na przykładanie tych dziecięcych fiutków do odbytu też się pojawił, choć bez szans powodzenia.
Doświadczenie z podbydgoskiego lasu trwało żywe, a jakże. Dziś po nazwisku mogę szybko chłopca namierzyć w necie, korzystając z okoliczności sprzyjającej, że w latach dziewięćdzisiątych się nie chlało, więc pamięć działała lepiej, a na koniec wakacji wszyscy - chłopcy, dziewczynki, nieważne, wymieniali się adresami. Nawet pisano później jeszcze jakieś listy o tym, że lata urok przemija, ale na szczęście w szkole od drugiego do czwartego września odpowietrzanie kaloryferów, trzy dni premii od losu. Zatem nazwisko, jak poskrobać w głowę w odpowiednim miejscu, też da się wygrzebać: jest ich na facebooku 59. Ten mój z lasu na szóstej pozycji, taka ciotka klubowa, tiszercik, włoski w górę, niezmieniony ani o jotę ryżoblond słowiański ryjek w nie nazbyt jednak inteligentnej minie; tej samej, co na naszym wspólnym zdjęciu na niszczycielu orp błyskawica. Za tło kuchnia jakaś, meble tanie z okleiną brzozową, baloniki, a ten przytula misia. Przytula, kurwa, misia! 
No i co by powiedział, jakby go teraz dodać do znajomych, zdziwienie, nie zdziwienie, tu jednak ja zmężniały choć nieco, wąsaty, chłop jak dąb po prostu przy tym chuchrze; nie do poznania. Wówczas jednak, jak już ten jeden - dwa listy o niczym się napisało, to był koniec. Ha, żaden nie miał telefonu w domu, okres seksualnego dojrzewania miał przypaść na tę straszliwą dziurę, w ten najczarniejszy czas (tak o tym myślę teraz), gdy już nie komuna, już mami pstrokato i świeci, ale jednak ten kapitalizm na razie w postaci chińskiej tandety u ruskich na bazarze przede wszystkim się objawia. Gdy już dochodzi z dalekiego świata echo tych cudów, tych komputerów i gsm-ów, ale tu w tej dziurze nadal kolekcjonuje się gry planszowe z "Kaczora Donalda" i przechowuje z nabożeństwem na zaś jako szczyt wysublimowanej rozrywki. 
Podarty lepiący heteropornuch jako jedyna rzecz we wszechświecie świadczy o tym, że to w kroku ma jeszcze jakieś przeznaczenie (było to na dodatek, co najgorsze, wyłącznie softporno bez penisa), w kiosku nie ma, jak dziś, ślicznego gej-zina na kredowym 160 g, migoczącego na tęczowo i chłopców z klatą z greckiej wazy, no internetu naturalnie jeszcze nikt w klasie na oczy nie widział. Jest za to rower, wieś, pole i las. Idź się, chłopaku, pobujaj, wiatr złap we włosy, może ci się przewietrzy.