bo czasem bełkot
סליחה בחורות, אני מוצץ זרגים ________________________________ się tu niczego nie spodziewaj
poniedziałek, 15 października 2012
niezwykłe sny
I’m a survivor from the plane crash, which took place in the greenfields near Smolensk. Our stupid curiosity drove us to take a bird’s-eye view over the town and airport. I don’t know who I’m taking this trip with. The middle-aged lady has a fence around her russian-style wooden old-fashioned house equipped with videophone. We talk in russian and she promises to help us find the way home.
After a fifteen minutes walk platforms of Yaroslavl railway station appear; there’s a wooden toilet with this cute heart-shaped hole in the door, and a bit less cute, full of shit hole inside. People in this area don’t throw toilet paper out, they don’t drop it into hole-toilet, but they left it, shited, in the bin next to. Lady sitting on the stool, old, stinky and ugly russian hag, repeats loudly in strange language mix: tualet pyatdyesyat rhubliey, das leben ist kein ponyhof, a squadron of german youths raped me in the ruins of Stalingrad, I gave a birth for a wonderful blue-eyed and white hair twins, 50 rhubliey. Her name is for sure Yelizavyeta, and it makes her more terrifying and witchy by similarity to Dostoyevsky’s money shark in ‘Crime and Punishment’.
I get in, close my eyes, and she stands next to the door, she whispers to the heart-shaped hole: join us, trust us, we won’t make you suffer from starve, we won’t leave You thirsty in a day of heat, I am the morning and evening star and I will lead You to the brightness of tomorrow, because there’s a german blood leaking out of my sons’ wounds, and i don’t know if she’s a pharaoh, Moses or Goebbels.
And I only feel that every bite of the food they serve will poison me, every single drop of the drink they offer contains a trace of dangerous venom, and I will stay alive suffering of daylight and people’s voice. Then I wake up repeating silently, only making a slight moves with my lips: ‘what do you live for, huh? What for, wanker’, and in the fuzzy cloud of my dream quickly running away I see Yelizavyeta screaming: ‘when and where You will never expect, the smell of raspberries will bring You fear, pain and anxiety, and You will feel it with all the pieces of Your body, and in every thought in Your mind. And You will never be able to say, that You can’t prevent, what You can’t predict, because to stay alive you have to be a Master of Preventing Unpredictable’.
poniedziałek, 7 maja 2012
Kołysanka leśna
Śnili mi się dziś ludzie zagrożeni nieuchronnym.
Ludzie po wielekroć opisywani w historii, psychologii i socjologii. Każdy dzień napawał ich narastającą niepewnością, nie wiadomo co zaatakuje, czego zabraknie, skąd nadejdzie, kiedy przeminie i jakich zaznamy strat. Z coraz mniejszym skupieniem mizerniejący tłum wykonuje codzienne czynności, rozplotkowuje się, pogrążony w apatii ożywia się jedynie w sytuacji sensacji lub paniki.
Jak pod okupacją, w getcie, w oblężeniu.
I to wszystko nagle się przeniosło na ten przeklęty, czerwcowy futbolowy czempionat. Okrutne igrzyska chmielu, pstrokacizny i testosteronu, ta potworna gdacząca piosenka, wrzaski z dziesiątków opitych gardeł, odór moczu na każdym kawałku bruku i danse macabre wszystkich barw kapitalizmu w każdym zakamarku rzeczywistości. A tu nagle olśnienie: skoro nie mamy szans w otwartym boju - pójdźmy do lasu! Jak niegdyś, jak zawsze.
Nagły błysk nadziei w dziesiątkach przygasłych oczu wyniszczonych ludzi. Tak! Ukryjmy się przed nimi wszystkimi, niech nas nie dostaną, niech brońmy każdej piędzi naszej ojczyzny! A, nie, jeśli nie o ojczyznę tu chodzi - obrońmy nasze uszargane godności.
I wyruszają kolumnami pod osłoną wieczora na dworce kolejowe. Wiążą w tobołki swoją bieliznę, menażki i płachty z brezentu. Gniotą się w ścisku całonocnym w eszelonach TLK i rozpierzchają się na małych stacyjkach na skraju borów i puszcz. Siły przegrupowują przez kilka dni, kurierzy krążą między grupkami przekazując raz euforyczne, innym razem hiobowe informacje: w Puszczy Solskiej wysyp jagód! - i gęstnieje leśna populacja w biłgorajskiem; w Lasach Goleniowskich plaga żmij! - pustoszeje zachodniopomorskie.
Rozlokowują się na cienistych polanach, organizują sobie noclegi, paleniska, wodopoje. Rozpisują dyżury: kto do wsi za ziemniakami, kto w bór szukać grzybów, kto nad strumieniem przepierkę, kto z cebrem za wapnem do latryn. Sprowadzają mleczną krowę i kury nioski. Leśne życie nabiera codziennych ram, zawiązują się przyjaźnie, sił próbują flirciarze i kokietki. Wieczorem nucą przy ogniskach szlagiery ośmiu ostatnich dziesięcioleci.
Zaraz, zaraz... co my tu właściwie będziemy robić? - nagle ktoś zapyta. No właśnie. Ruszają w szranki szachowe, pływackie, piszą książki kucharskie '100 potraw z brukwi'. Otwierają się jak w obozach jenieckich polowe uniwersytety wiedzy wszelakiej; matematycy zgłębiają dendrologię, kucharze prawo rzymskie, cieśle - francuski. Wymieniają się książkami, debatują, ale też i w sobie czytają jak w bibliotece. Huczy i skrzy się ta leśna kuźnia idei.
Ale wróg nie nadchodzi, umyślni gońcy donoszą: odszedł! Zostawił góry brudu i zgliszcza, ale poszedł. Wyjdą więc z lasu też i leśni ludzie. Nie zastaną UB, SB, krasnoarmiejców, nie zastaną UEFA. Zastaną skacowanych, wydrenowanych z myśli i majątków rodaków. Zadumają się chwilę, by stwierdzić: z lasu wyszedł nowy, lepszy Polak, zdolny, kreatywny i otwarty, nowa siła i nadzieja na przyszłość; zorganizują się w mig, usuną szkody i pchną wielką mocą wspólnoty swój kraj na nowe lepsze tory.
Wspaniały sen.
Ludzie po wielekroć opisywani w historii, psychologii i socjologii. Każdy dzień napawał ich narastającą niepewnością, nie wiadomo co zaatakuje, czego zabraknie, skąd nadejdzie, kiedy przeminie i jakich zaznamy strat. Z coraz mniejszym skupieniem mizerniejący tłum wykonuje codzienne czynności, rozplotkowuje się, pogrążony w apatii ożywia się jedynie w sytuacji sensacji lub paniki.
Jak pod okupacją, w getcie, w oblężeniu.
I to wszystko nagle się przeniosło na ten przeklęty, czerwcowy futbolowy czempionat. Okrutne igrzyska chmielu, pstrokacizny i testosteronu, ta potworna gdacząca piosenka, wrzaski z dziesiątków opitych gardeł, odór moczu na każdym kawałku bruku i danse macabre wszystkich barw kapitalizmu w każdym zakamarku rzeczywistości. A tu nagle olśnienie: skoro nie mamy szans w otwartym boju - pójdźmy do lasu! Jak niegdyś, jak zawsze.
Nagły błysk nadziei w dziesiątkach przygasłych oczu wyniszczonych ludzi. Tak! Ukryjmy się przed nimi wszystkimi, niech nas nie dostaną, niech brońmy każdej piędzi naszej ojczyzny! A, nie, jeśli nie o ojczyznę tu chodzi - obrońmy nasze uszargane godności.
I wyruszają kolumnami pod osłoną wieczora na dworce kolejowe. Wiążą w tobołki swoją bieliznę, menażki i płachty z brezentu. Gniotą się w ścisku całonocnym w eszelonach TLK i rozpierzchają się na małych stacyjkach na skraju borów i puszcz. Siły przegrupowują przez kilka dni, kurierzy krążą między grupkami przekazując raz euforyczne, innym razem hiobowe informacje: w Puszczy Solskiej wysyp jagód! - i gęstnieje leśna populacja w biłgorajskiem; w Lasach Goleniowskich plaga żmij! - pustoszeje zachodniopomorskie.
Rozlokowują się na cienistych polanach, organizują sobie noclegi, paleniska, wodopoje. Rozpisują dyżury: kto do wsi za ziemniakami, kto w bór szukać grzybów, kto nad strumieniem przepierkę, kto z cebrem za wapnem do latryn. Sprowadzają mleczną krowę i kury nioski. Leśne życie nabiera codziennych ram, zawiązują się przyjaźnie, sił próbują flirciarze i kokietki. Wieczorem nucą przy ogniskach szlagiery ośmiu ostatnich dziesięcioleci.
Zaraz, zaraz... co my tu właściwie będziemy robić? - nagle ktoś zapyta. No właśnie. Ruszają w szranki szachowe, pływackie, piszą książki kucharskie '100 potraw z brukwi'. Otwierają się jak w obozach jenieckich polowe uniwersytety wiedzy wszelakiej; matematycy zgłębiają dendrologię, kucharze prawo rzymskie, cieśle - francuski. Wymieniają się książkami, debatują, ale też i w sobie czytają jak w bibliotece. Huczy i skrzy się ta leśna kuźnia idei.
Ale wróg nie nadchodzi, umyślni gońcy donoszą: odszedł! Zostawił góry brudu i zgliszcza, ale poszedł. Wyjdą więc z lasu też i leśni ludzie. Nie zastaną UB, SB, krasnoarmiejców, nie zastaną UEFA. Zastaną skacowanych, wydrenowanych z myśli i majątków rodaków. Zadumają się chwilę, by stwierdzić: z lasu wyszedł nowy, lepszy Polak, zdolny, kreatywny i otwarty, nowa siła i nadzieja na przyszłość; zorganizują się w mig, usuną szkody i pchną wielką mocą wspólnoty swój kraj na nowe lepsze tory.
Wspaniały sen.
czwartek, 3 maja 2012
Nagle
W samolocie, który przed chwilą
wystartował spomiędzy wzgórz Atlasu Tellskiego rozmawia się po
arabsku, choć niektóre z małżeństw kłócą się urywanym
szeptem w niderlandkim, flamandzkim lub francuskim, pozostając
niezrozumiałymi dla swoich teściowych-matron. Sportowe buty i
koszulki polo starannie ukrywają afrykańskie pochodzenie pasażerów,
podobnie jak i ich paszporty krajów Unii Europejskiej. Przynajmniej
w ich mniemaniu. Dzieciarnia drze się wniebogłosy i pełza po całym
wehikule, częstokroć podawana z rąk do rąk między rzędami
siedzeń; trzylatka na siedzeniu obok przykleja mi lizaka
do włosów. Chcę zasnąć, ale nie pozwala ten jarmarczny hałas.
Patrzę w okno na rdzawe pustkowie, dziwny płaskowyż upstrzony
wyschniętymi słonymi jeziorami, i niezmącony błękit nieba,
bawię się w rozpoznawanie miejsc z lotu ptaka - to jedna z moich
autystycznych zdolności i rozrywek. W lazur Morza Śródziemnego
wbija się cypel poszatkowany jezdniami, wzdłuż brzegu migoczą
ładne w kształcie i urbanistycznym ładzie domy, z pewnością
dawniej białe; kilka niedorzecznie malutkich z tej perspektywy
okrętów plącze się po redzie.
Oran - myślę. 'Oran, un ville
effrayant... Un état terrible - ktoś komentuje, i w tym małym
momencie dociera do mnie, że nie chodzi mu przecież o Camusa.
Gdy Turcy mordowali Ormian, świat
milczał. Spływająca po zboczach Araratu krew nie zrobiła na
ówczesnych wielkiego wrażenia, przecież przeżywać należało
Lusitanię, Verdun i hiszpankę. Wiadomo, co zrobiła później
historia; trymowanie populacji i społeczności ludzkich według metod jak instrukcje hodowli wysokopiennego lasu, dwudziesty
wiek uczynił tak popularnym, że mało kto byłby je wszystkie w
stanie zliczyć, w języku genocyd obok pesty- i herbicydu zajął
szacowne miejsce jako okrzyk praktyki wśród wynalazków człowieka.
Ale jak się nazywa zagłada Algierii?
Tak, straszny kraj, który powstał z
kolan, by nie czołgać się w przygnieceniu tobołem wyprowadzania
szacownej metropolii, francuskiej matki narodów z ran zadanych
hekatombą drugiej wojny światowej. Ale dlaczego mężczyzna, który
wyprowadził kraj z tego cyklonu przez siedem lat pozwolił pławić Wyżynę
Szottów w śmiertelnej posoce? Czemu zeżarła ona dwa razy więcej
arabskich i berberyjskich ofiar, niż zginęło Francuzów na
wszystkich frontach wojny światowej? Jak może być milion
anonimowych ofiar? Dla każdego doświadczonego traumą wojny jego żałoba jest największa i najważniejsza i żadna gradacja nie jest tu wskazana. Warto jednak, by miliony straconych znajdowały dla siebie choć maleńki ślad w pamięci historii.
Migranci z Algieru do kraju-metropolii
już symbolicznie dowiadują się, jakie może być ich miejsce w
szeregu społeczeństwa francuskiego. Sprawca dramatu ich kraju,
stanowiącego brzemię po dziś dzień, patronuje przecież głównemu
paryskiemu lotnisku. Czym właściwie zasłużył się Charles de
Gaulle dla Warszawy, że dała mu wielkie rondo?
W tym roku umarł Ahmad Bin Balla,
twórca algierskiej niepodległości, po cichu. Na świecie istnieją
raptem dwie ulice Patrice'a Lumumby, który w tym samym czasie
dźwigał z kolan belgijskie Kongo.
Francja nie znalazła w swoim języku słowa na określenie algierskiego dramatu. Francja uznaje zagładę Ormian za
ludobójstwo.
wtorek, 24 kwietnia 2012
.
na podłe swe występki nie bacząc, że ranią.
Prosi zaraz ustąpić złości chociaż piędzi -
czułości moc przestrachu sromotę rozpędzi
aby miejsce szykować najgłębszym wyznaniom.
poniedziałek, 19 marca 2012
refleksje o poranku
To teraz niesłychanie popularne, odważnie poruszać lewicowe tematy. Z jednej strony raduje się karminowa dusza lewaka kosztująca rozkwitu krytycznej myśli, z drugiej zaś nie ustaje w dążeniu, o obłudna, do otoczenia się dobrobytem i wygodą.
Chce używać papieru toaletowego bez troski o kończącą się rolkę, miękkiego, zdobnie ukwieconego rumiankiem; chce podsmażać na złocisto na oleju kameliowym i wyposażyć domostwo w ekwipunek dla wygodnego, mało męczącego sprzątania. Chce mieć zęby bielsze, cerę ładniejszą, skórki u paznokci zadbane, chce móc nałożyć na dobry jakościowo but pielęgnacyjną, aromatyczną pastę. Wyciąga więc późnym wieczorem w parzyste dni tygodnia zmięty kupon ogólnokrajowej loterii, by skonstatować, że jak zawsze: żądzę próżności pogrzebał żużel zgliszcz.
Skoro zaś życie niechętnie dostarcza ekskluzywnych uciech wyższej klasy średniej może ta dusza spokojnie egzaltować się niedolą zielonej wyspy, kraju cudu Tuska. Dusza z przerażeniem stwierdza, że odruchowo i instynktownie, szykując w swojej kuchni (chwilowo zapomniała się cieszyć, że ma nie tylko kuchnię, ale resztę pomieszczeń konstytuujących dom też, i to w śródmieściu W.) śniadanie (nie wychwali świata za posiadanie prowiantu w lodówce) do pracy (nie słyszy tych głosów, które mówią: duszo, masz 27 lat i stałą pracę z umową) oszczędza poprzez przekrojenie na pół, albo i nawet trzy trzecie części, plaster wędliny sojowej. 66,90 zł za kilogram w delikatesach Alma, cena niesłychanie okazyjna. Dusza jak zwykle zastanawia się, jak dotrwać do uroczystego dnia przelewu, oszczędzanie wcale jej się nie uśmiecha, chce pachnieć pięknie i mieć udane życie towarzyskie. Zrezygnowana, wypiwszy kawę z mlekiem 0,5% tłuszczu (tańsze), dusza idzie oddać poranny stolec i reglamentuje sobie trzy skrawki papieru, odliczając na knykciach dłoni odległość do losowania lotto.
Chce używać papieru toaletowego bez troski o kończącą się rolkę, miękkiego, zdobnie ukwieconego rumiankiem; chce podsmażać na złocisto na oleju kameliowym i wyposażyć domostwo w ekwipunek dla wygodnego, mało męczącego sprzątania. Chce mieć zęby bielsze, cerę ładniejszą, skórki u paznokci zadbane, chce móc nałożyć na dobry jakościowo but pielęgnacyjną, aromatyczną pastę. Wyciąga więc późnym wieczorem w parzyste dni tygodnia zmięty kupon ogólnokrajowej loterii, by skonstatować, że jak zawsze: żądzę próżności pogrzebał żużel zgliszcz.
Skoro zaś życie niechętnie dostarcza ekskluzywnych uciech wyższej klasy średniej może ta dusza spokojnie egzaltować się niedolą zielonej wyspy, kraju cudu Tuska. Dusza z przerażeniem stwierdza, że odruchowo i instynktownie, szykując w swojej kuchni (chwilowo zapomniała się cieszyć, że ma nie tylko kuchnię, ale resztę pomieszczeń konstytuujących dom też, i to w śródmieściu W.) śniadanie (nie wychwali świata za posiadanie prowiantu w lodówce) do pracy (nie słyszy tych głosów, które mówią: duszo, masz 27 lat i stałą pracę z umową) oszczędza poprzez przekrojenie na pół, albo i nawet trzy trzecie części, plaster wędliny sojowej. 66,90 zł za kilogram w delikatesach Alma, cena niesłychanie okazyjna. Dusza jak zwykle zastanawia się, jak dotrwać do uroczystego dnia przelewu, oszczędzanie wcale jej się nie uśmiecha, chce pachnieć pięknie i mieć udane życie towarzyskie. Zrezygnowana, wypiwszy kawę z mlekiem 0,5% tłuszczu (tańsze), dusza idzie oddać poranny stolec i reglamentuje sobie trzy skrawki papieru, odliczając na knykciach dłoni odległość do losowania lotto.
Subskrybuj:
Posty (Atom)