Co dzień odkrycie, co rok to prorok i tak dalej. Uprawiam nową dyscyplinę poznania, jestem największym w świecie znawcą i mistrzem The Fake Wisdom. Szafarzem cytatów z nigdy nie przeczytanych książek, twórcą myśli tak mądrych, że potencjalnie aż przysłów, których o dziwo nikt nie zdążył jeszcze pomyśleć. Piewcą prawideł niedokładnie wyuczonych gramatyk, ekwilibrystą nieopanowanych gimnastyk. Tak, mówcie mi maestro fałszywej wiedzy, służę wam radą równie użyteczną jak podręczny słowniczek krzyżówkowicza na jakichś rozstajach życiowych z rzewnej piosenki. Takiej, co stawia wyzwania, jak przemierzenie północnego oceanu lodowatego w tenisówkach, no: tej skali.
Nie umiem uciec przed takimi wrażeniami jak rzewność, i poddaję się znowu i znowu obłędowi świąt. Bez obłędu dni te nie mają treści. Zawsze jest jeszcze alkohol, który ukoi ćmienie w złamanym ramieniu i wzbudzi magicznie podniecający refluks, który przemienia najdłuższe noce w roku w epoki dziejów myśli. Nie mogąc w okresie ich trwania rozliczyć się z rzewnością, wspominam łacińskie nazwy typów w królestwie zwierząt. The Ultimate Master on Fake Wisdom.
A potem, gdy już wszystkich naobrażam, nie ma komu poprawić temblaka. Nic tylko weź się, kurwa, zdefenestruj.
סליחה בחורות, אני מוצץ זרגים ________________________________ się tu niczego nie spodziewaj
poniedziałek, 26 grudnia 2011
wtorek, 22 listopada 2011
Radość
Różne są koleje (raczej, kurwa, koleiny) mojej rzeczywistości i codzienności, ale pomidorowa wychodzi mi zawsze świetna.
Raczę się tą pomidorową na dwujajecznym makaronie, nic mi nie doskwiera, śmietany nawaliłem suto i zostaje mi śliska od jej tłuszczu pomarańczowa cierpkość na wąsie. Dno w garnku światło dzienne odbije rychło.
Mam takie miejsce w domu, które wymyka się stawianym przez mnie kordonom. Jest wielką górą kilkudziesięciu par moich butów; mówię na nie auschwitz. Buty z auschwitz czekają w większości na reperację, ale mozół nie jest moją pasją ani jawną, ani skrytą: poczekają jeszcze.
Jak już dokonam niemądrych wyborów (jak w tramwaju: udawać, że majstruję przy biletmachinie, czy usiąść? - usiąść. - kontrola, dzień dobry. - 127 miliardów do zapłacenia, proszę podpisać, jak w ciągu siedmiu dni, to mniej będzie, wie pan, z tamtej strony wszystko maczkiem napisane), to sobie naiwnie i po sztubacku postanawiam umrzeć. Wielką by to było pochopnością, więc tylko sobie wyobrażam, że to zrobiłem. Zanim zaś, piszę absolutnie nieudany wiersz, na przykład pod tytułem: "...dziś postanowiłem umrzeć". No i jest pierwsza strofa, na przykład:
"...listopadowa słota
druzgota...
na cóż mi taka zgryzota?
dziś...:
postanowiłem umrzeć!"
No i tak dalej, jeszcze gorzej i jeszcze więcej znaków wymuszonej interpunkcji. Potem umieram w moim wyobrażeniu, jest pogrzeb, i słyszę spod sosnowego wieka (przez dębowe bym może nie usłyszał, ale jużci! mi dębowe kupią, drożyzna), jak czyta ten wyziew ktoś, kogo absolutnie i nie lubię, i nie szanuję, a emfaza z jaką wiersz jest deklamowany skręca kiszki nawet robakom podgryzającym truchła w trzech sąsiednich kwaterach cmentarza. Wówczas dociera do mnie, jakie by to było nierozsądne. No i raz-raz, do refleksji, czy i dlaczego muszę współdzielić jedno społeczeństwo z ludźmi, którzy wrzucają drobne do fontanny w centrum handlowym, i do rozbioru tej myśli - czy jest prawicowa, czy lewicowa azaliż?
sobota, 5 listopada 2011
stan krytyczny
Ze wszystkich stron przeszywa mnie lęk. Jest nieprzenikniony i niepoczytalny. Rzeczy mgliste.
Edit.
Nie, nie, to jest po prostu sanatorium. Haha, trzeba się odciąć od życia społecznego, w wolnym tłumaczeniu - podjąć autoterapię antyalkoholową. Sowieckie kino, czarna herbata, michałki w czekoladzie, pełen oddech.
Edit.
Nie, nie, to jest po prostu sanatorium. Haha, trzeba się odciąć od życia społecznego, w wolnym tłumaczeniu - podjąć autoterapię antyalkoholową. Sowieckie kino, czarna herbata, michałki w czekoladzie, pełen oddech.
środa, 14 września 2011
Tu jest sowiecki sojuz, tu jest tylko postęp
w mieście spotkań w poniedziałek, 5 września, spadł deszcz. w wyniku opadu w przejściu podziemnym zbudowanym bez logiki, przez łąkę, na placu społecznym,powstał zalew. jego objętość i głębokość była zmienna, ale wystarczająca, by dostarczyć wiele radości rowerzystom, dużo mniej pieszym; choć i o pieszych zadbano, układając trytwę z europalet. dziś, w 9. dniu istnienia jeziora, które domagało się już reformy kartografii, nadania nazwy i oznaczenia na planach modrą płaszczyzną do tego celu przewidzianą, Dzielne Służby zarządu przejść podziemnych wyciągnęły liście z kratki. i zabawa się skończyła. europalety odjechały w nieznanym kierunku.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Jadąc do Babadag
Po dwóch jednodobowych pobytach na Węgrzech w ciągu 10 dni stwierdzam po raz kolejny, że w Trianon obeszli się z nimi zbyt łagodnie.
Od początku zaś - to było tak:
- Ja nie wiem, dokąd dokładnie jadę, gdzieś za Katowice. Ja jestem spod Poznania.
- No, ale ruszasz się też czasem gdzieś indziej.
- A, tam, będę się tłukł po tym zasranym kraju, jak gówno w przeręblu. A Ostrawa? Ostrawa to nie mam pojęcia, gdzie to jest.
- Moja żona jutro rodzi, dobrze dobrze. Napijemy się. A ja to muszę odpocząć jak ją wezmą do szpitala, bo ja mam jeszcze jedną robotę, wiesz. Odstawiam tira i gram na weselach, a jutro sobota.
- Ale może chciałaby, żebyś był przy niej? Nie można tego odwołać?
- A tam, to są babskie sprawy, a tu parę groszy wpadnie, teraz są ciężkie czasy. Do Ostrawy tam, tam prosto. A ty, dupę jakąś masz?
- Dźi tom, do jokiejś Ostrowy mindzy Pepiki. Ja do Zabyłkowa. Śiodo? Se przez Odre dalej piszo przylyzie, tam jaka bana jyździ.
- A palisz pan? Można w aucie?
- Jo mom pylice płuc, co mi po szychcie na grubie została, ale pal, pal.
Noc. Beskid Czadecki, Imperium ślimaków bez skorupy.
- A ty jesteś pewien, że na Koszyce to do Rumuńska nie jest szpatna droga?
- Chcę Tatry zobaczyć.
- Aaa. My tylko do Martinu, to tu jest pierwsze miasto za Żyliną, nic się nie przejmuj że tam taki burdel z tyłu, my tylko tej nocy z żoną i córką przyjechaliśmy z Chorwacka, jakie tam słonko, woda, wino. Słoweńsko drogie, diabli to euro nadali.
- A nasze góry by ci nie wystarczyły? Tatry są krasne bardzo, Niskie Tatry też. My się tu zatrzymamy zaraz za Rużomberkiem, w szkole żeśmy zawsze żartowali, że to takie śmierdzące miasto, bo tu jest wiesz, fabryka celulozy. Widzisz, tamę postawili, wołają na to Słowackie Morze - jaki kraj, takie i morze. Może zjesz haluszki? Nie wiesz, co to haluszki?
- Nie wiem. Z mięsem to jest?
- Kluseczki z bryndzą i słoniną. Jak chcesz, można i bez słoniny, ze śmietaną. Zamawiamy? Ja bym nie mogła być wegetarianką, patrz jaki mi sznycel śliczny niosą. Jadę do Szczyrby na leczenie, mam astmę, a ten mi tu znowu kopci! Ech. Dobre haluszki? To prezydentom podają na zamku w Bratysławie, jak któryś przyjedzie. Masz tu morele na drogę. A ty tam w tym Rumuńsku jakąś frajerkę będziesz odwiedzać?
- Nie. Zapłacę.
- Zdenek, on chce płacić.
- No, jeszcze czego, zabieraj bo łapy poprzetrącam. Ty masz do Rumuńska dojechać.
- Dziękuję. Bardzo mili z was ludzie, niespotykanie.
- No, ciesz się. Więcej już takich nie spotkasz.
- Do Miszkolcu albo Debreczyna? Czy ja wiem... Raczej się chcieliśmy kłaść spać już, zaraz zmierzch.
- Ale to się pan musi do Koszyc wrócić, tu nic nie ma. Państwo z Wrocławia?
- No, z Dolnego Śląska, ale z tej części, która należy do diecezji kaliskiej.
- Ahhhm... No więc jak? Do Warny pan musi przez Bukareszt. Tu, o tu, jest teraz autostrada, pana mapa jest stara. Związek Radziecki już nie istnieje, jest pan tego świadom?
- Dobra, no to jedziemy. Matko Boża, tak na ciemną noc...
- Niech się pan uspokoi, jest 19.
- Dobra, dzieciaki, przeżegnać się i jedziemy. Tam pan siada, tylko ten koszyk proszę sobie między nogi.
- Wiezie pan małosolne do Bułgarii?
- A co? Kupimy forinty. S się czyta jak sz, pamiętam bo był taki facet List a czytało się Liszt. Franciszek Liszt.
- Ferenc, nie Franciszek.
- Ja tam naszych świętych wyznaję. Matko, 90 kilometrów w tę noc... To pojedziemy do tego Debreczyna. Gdzie tu jest centrum, hotel? Chyba będziemy spać w samochodzie. Ile to zmartwień, nawet nie połowa drogi. A może to lepiej tak pomału jechać. Dzieci, zaśpiewamy razem coś żeby za kierownicą nie zasnąć?
- "Poszła Karolinka do Gogolina...". Coś słabo, dzieciaczki? Mama?
- To może ja? "...anielski orszak niech twą duuuszę przyyyjmie..."
- Ale pan ma poczucie humoru, wie pan co.
- Dobra, to ja tu wysiądę w centrum. Przy wylotówce pewnie będzie jakiś motel, szczęść boże.
Koniec katolicko-klimatyzowanego koszmaru. Forinty, piwo, camele, krzaki, namiot. Paliałdwarok to dworzec?
- Cześć Polactwo! Lubię robić niespodzianki.
- No co jak co, ale na dworcu w Oradei się nie spodziewaliśmy pana. Fajnie tu?
- Jak w Przemyślu, tylko są tramwaje. Przyjechałem stopem z miłym Węgrem, wyobrażacie sobie? Opowiadał mi o rozbiorach i o tym, że oni krzyżują mapę Korony Świętego Stefana w kościołach, kazał nie jechać nad morze. Co robimy?
- Autogara, pekaes, jedziemy w góry. Taka jura częstochowska, tylko większa. A ty potem co?
- Retezat.
- Wiesz, że to wielkie góry? Dasz sobie radę?
- Pewnie. Nazwa mi się podoba. Na wycieczkach tego typu homoseksualizm pozostaje odwieszony na kołku w przedpokoju.
Dupa fiskalizacja tranzakcja anulacja trululul. Wspaniały język.
- Dżem. Bułki. Ser, można ukroić pół? Cztery marsy. Woda. Piwo. Mapa jest?
- Mapa? Tam stoi, przed sklepem.
- No ale żeby zabrać?
- A skąd tam. Tam prosto, do góry.
- Halo, halo. Stój. Mi w sklepie, magazin, powiedzieli że ty idziesz przez wieś. Nie idź w żaden las spać, dziki, ursusy, u mnie jest miejsce, jest wygódka. Już, już, kobyłę zabiorę. Uh, muszę zapalić, cigaret. Namiot zamknij, kort, bo ci koty nawłażą.
- Ty tu sama, singul?
- Sama. Starość na wsi. Mąż umarł, mort, czterech synów, do Italii pojechało pracować, labore. Bieda w Rumunii, a góry wysokie, mare. Tam prosto schronisko, kabana, ale jak daleko? Ja tam nigdy nie byłam. Daj jeszcze papierosa, widziałam, że masz dobre, madziarskie. Uh. Jeść będziesz? Chleb, mięso, karne, chcesz? Ja patrz jaka się na starość zrobiłam gruba.
- Ach. Tylko wody gorącej, apa kalda, do termosu możecie wlać?
- Już już. A 10 lei na papierosy byś mi nie zostawił? Ja tu sama, singul.
No dobra, na co mi pieniądze w tej dziczy. Herbatę zalała zimną. Jeszcze chyba nie dotarły tu takie nowinki.
- Cześć. Mówicie po angielsku? Zamokły mi papierosy w górach, i telefon też. Popełniłem straszliwe przestępstwo przeciw narodowi rumuńskiemu, spałem w parku narodowym na turni, ja pierdolę, jak tam było zimno. Macie tytoń? Tu jest super, wszystko jest, mamałyga i piwo. Skąd jesteście?
- Z Rumunii, ale tam są nasze przyjaciółki, Niemki. Zakochały się w Karpatach, przyjechały trzeci raz. Idziemy szukać kempingu w dolinie, tu już nie ma miejsca.
- Mogę iść z wami?
Mają busa. Jedzą arabskie chlebki z pasztetem sojowym. Zbierają kiepy do słoika. Rano grzecznie wszyscy wdeptujemy w krowie placki, zostawione przez stado z dzwoneczkami. Jest pięknie. Zbieramy śmiecie z pobocza w czasie postoju, ruch wahadłowy spowodowany przebudową drogi pod auspicjami żółtych gwiazdek na niebieskim. Zostawiam maila, którego nigdy nie użyją.
- No więc Rumunia dzieli się na województwa, i ja sprzedaję herbatę do marketów w 12 z nich, Timiszoara, Arad, Dewa, bardzo duży obszar. Głównie do supermarketów, takich przedstawicieli jak ja jest na okręgi kilku. Nasze herbaty są dobre, z Cejlonu, brytyjskie marki. Ja zbieram zamówienia i przekazuję dokumenty do hurtowni. O, spójrz, jeszcze 160 kilometrów. Firma dobrze prosperuje, ma centralę w Bukareszcie, rumuński rynek jest duży, ale cały czas niedoceniany. Kiedyś ludzie w Aradzie pracowali głównie w kombinacie chemicznym. Popatrz, to on: nie działa już kilka lat a cały czas docierają tam tramwaje podmiejskie, widocznie jeszcze się nie dowiedziały, że nie ma po co. Ja wolę swoją pracę, nasze herbaty są ładnie wyeksponowane, zwłaszcza w Bomi. Tak, zawiozę cię na koniec miasta, tam jest centrum handlowe. Może masz chwilę, żeby wejść i zobaczyć moje herbaty na półkach? Zwróć uwagę na Ahmad: droga, ale aromatyczna. Spieszysz się? No to szerokiej drogi! Tu jest moja wizytówka - jakbyś chciał kiedyś zapytać o Rumunię, albo o herbatę...
- Out!
- Tu? Mam wysiąść na autostradzie? Zawieź mnie w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzie jest ten obrzygany Budapeszt? Przecież to jeszcze daleko. Tu nie wysiadam.
- Out!
- Kurwa, obraziłeś się czy co? Jak ja mam zleźć z tej drogi?
- Out!
Dobrze, owszem, zdrzemnąłem się chwilę i nie zabawiałem go rozmową, ale on ani słowa w innym niż węgierski. Kurwa. 6 kilometrów do zjazdu. Zatrzymuje się następny, drze się po madziarsku i daje mi w mordę. Co za kraj.
Rano wsiadam w pociąg. Wysłucham mniej historii, wypiję więcej piwa, przesiądę się milion razy, będę spać bez ryzyka pobicia.
Tak, Trianon to dla nich mało.
Od początku zaś - to było tak:
- Ja nie wiem, dokąd dokładnie jadę, gdzieś za Katowice. Ja jestem spod Poznania.
- No, ale ruszasz się też czasem gdzieś indziej.
- A, tam, będę się tłukł po tym zasranym kraju, jak gówno w przeręblu. A Ostrawa? Ostrawa to nie mam pojęcia, gdzie to jest.
- Moja żona jutro rodzi, dobrze dobrze. Napijemy się. A ja to muszę odpocząć jak ją wezmą do szpitala, bo ja mam jeszcze jedną robotę, wiesz. Odstawiam tira i gram na weselach, a jutro sobota.
- Ale może chciałaby, żebyś był przy niej? Nie można tego odwołać?
- A tam, to są babskie sprawy, a tu parę groszy wpadnie, teraz są ciężkie czasy. Do Ostrawy tam, tam prosto. A ty, dupę jakąś masz?
- Dźi tom, do jokiejś Ostrowy mindzy Pepiki. Ja do Zabyłkowa. Śiodo? Se przez Odre dalej piszo przylyzie, tam jaka bana jyździ.
- A palisz pan? Można w aucie?
- Jo mom pylice płuc, co mi po szychcie na grubie została, ale pal, pal.
Noc. Beskid Czadecki, Imperium ślimaków bez skorupy.
- A ty jesteś pewien, że na Koszyce to do Rumuńska nie jest szpatna droga?
- Chcę Tatry zobaczyć.
- Aaa. My tylko do Martinu, to tu jest pierwsze miasto za Żyliną, nic się nie przejmuj że tam taki burdel z tyłu, my tylko tej nocy z żoną i córką przyjechaliśmy z Chorwacka, jakie tam słonko, woda, wino. Słoweńsko drogie, diabli to euro nadali.
- A nasze góry by ci nie wystarczyły? Tatry są krasne bardzo, Niskie Tatry też. My się tu zatrzymamy zaraz za Rużomberkiem, w szkole żeśmy zawsze żartowali, że to takie śmierdzące miasto, bo tu jest wiesz, fabryka celulozy. Widzisz, tamę postawili, wołają na to Słowackie Morze - jaki kraj, takie i morze. Może zjesz haluszki? Nie wiesz, co to haluszki?
- Nie wiem. Z mięsem to jest?
- Kluseczki z bryndzą i słoniną. Jak chcesz, można i bez słoniny, ze śmietaną. Zamawiamy? Ja bym nie mogła być wegetarianką, patrz jaki mi sznycel śliczny niosą. Jadę do Szczyrby na leczenie, mam astmę, a ten mi tu znowu kopci! Ech. Dobre haluszki? To prezydentom podają na zamku w Bratysławie, jak któryś przyjedzie. Masz tu morele na drogę. A ty tam w tym Rumuńsku jakąś frajerkę będziesz odwiedzać?
- Nie. Zapłacę.
- Zdenek, on chce płacić.
- No, jeszcze czego, zabieraj bo łapy poprzetrącam. Ty masz do Rumuńska dojechać.
- Dziękuję. Bardzo mili z was ludzie, niespotykanie.
- No, ciesz się. Więcej już takich nie spotkasz.
- Do Miszkolcu albo Debreczyna? Czy ja wiem... Raczej się chcieliśmy kłaść spać już, zaraz zmierzch.
- Ale to się pan musi do Koszyc wrócić, tu nic nie ma. Państwo z Wrocławia?
- No, z Dolnego Śląska, ale z tej części, która należy do diecezji kaliskiej.
- Ahhhm... No więc jak? Do Warny pan musi przez Bukareszt. Tu, o tu, jest teraz autostrada, pana mapa jest stara. Związek Radziecki już nie istnieje, jest pan tego świadom?
- Dobra, no to jedziemy. Matko Boża, tak na ciemną noc...
- Niech się pan uspokoi, jest 19.
- Dobra, dzieciaki, przeżegnać się i jedziemy. Tam pan siada, tylko ten koszyk proszę sobie między nogi.
- Wiezie pan małosolne do Bułgarii?
- A co? Kupimy forinty. S się czyta jak sz, pamiętam bo był taki facet List a czytało się Liszt. Franciszek Liszt.
- Ferenc, nie Franciszek.
- Ja tam naszych świętych wyznaję. Matko, 90 kilometrów w tę noc... To pojedziemy do tego Debreczyna. Gdzie tu jest centrum, hotel? Chyba będziemy spać w samochodzie. Ile to zmartwień, nawet nie połowa drogi. A może to lepiej tak pomału jechać. Dzieci, zaśpiewamy razem coś żeby za kierownicą nie zasnąć?
- "Poszła Karolinka do Gogolina...". Coś słabo, dzieciaczki? Mama?
- To może ja? "...anielski orszak niech twą duuuszę przyyyjmie..."
- Ale pan ma poczucie humoru, wie pan co.
- Dobra, to ja tu wysiądę w centrum. Przy wylotówce pewnie będzie jakiś motel, szczęść boże.
Koniec katolicko-klimatyzowanego koszmaru. Forinty, piwo, camele, krzaki, namiot. Paliałdwarok to dworzec?
- Cześć Polactwo! Lubię robić niespodzianki.
- No co jak co, ale na dworcu w Oradei się nie spodziewaliśmy pana. Fajnie tu?
- Jak w Przemyślu, tylko są tramwaje. Przyjechałem stopem z miłym Węgrem, wyobrażacie sobie? Opowiadał mi o rozbiorach i o tym, że oni krzyżują mapę Korony Świętego Stefana w kościołach, kazał nie jechać nad morze. Co robimy?
- Autogara, pekaes, jedziemy w góry. Taka jura częstochowska, tylko większa. A ty potem co?
- Retezat.
- Wiesz, że to wielkie góry? Dasz sobie radę?
- Pewnie. Nazwa mi się podoba. Na wycieczkach tego typu homoseksualizm pozostaje odwieszony na kołku w przedpokoju.
Dupa fiskalizacja tranzakcja anulacja trululul. Wspaniały język.
- Dżem. Bułki. Ser, można ukroić pół? Cztery marsy. Woda. Piwo. Mapa jest?
- Mapa? Tam stoi, przed sklepem.
- No ale żeby zabrać?
- A skąd tam. Tam prosto, do góry.
- Halo, halo. Stój. Mi w sklepie, magazin, powiedzieli że ty idziesz przez wieś. Nie idź w żaden las spać, dziki, ursusy, u mnie jest miejsce, jest wygódka. Już, już, kobyłę zabiorę. Uh, muszę zapalić, cigaret. Namiot zamknij, kort, bo ci koty nawłażą.
- Ty tu sama, singul?
- Sama. Starość na wsi. Mąż umarł, mort, czterech synów, do Italii pojechało pracować, labore. Bieda w Rumunii, a góry wysokie, mare. Tam prosto schronisko, kabana, ale jak daleko? Ja tam nigdy nie byłam. Daj jeszcze papierosa, widziałam, że masz dobre, madziarskie. Uh. Jeść będziesz? Chleb, mięso, karne, chcesz? Ja patrz jaka się na starość zrobiłam gruba.
- Ach. Tylko wody gorącej, apa kalda, do termosu możecie wlać?
- Już już. A 10 lei na papierosy byś mi nie zostawił? Ja tu sama, singul.
No dobra, na co mi pieniądze w tej dziczy. Herbatę zalała zimną. Jeszcze chyba nie dotarły tu takie nowinki.
- Cześć. Mówicie po angielsku? Zamokły mi papierosy w górach, i telefon też. Popełniłem straszliwe przestępstwo przeciw narodowi rumuńskiemu, spałem w parku narodowym na turni, ja pierdolę, jak tam było zimno. Macie tytoń? Tu jest super, wszystko jest, mamałyga i piwo. Skąd jesteście?
- Z Rumunii, ale tam są nasze przyjaciółki, Niemki. Zakochały się w Karpatach, przyjechały trzeci raz. Idziemy szukać kempingu w dolinie, tu już nie ma miejsca.
- Mogę iść z wami?
Mają busa. Jedzą arabskie chlebki z pasztetem sojowym. Zbierają kiepy do słoika. Rano grzecznie wszyscy wdeptujemy w krowie placki, zostawione przez stado z dzwoneczkami. Jest pięknie. Zbieramy śmiecie z pobocza w czasie postoju, ruch wahadłowy spowodowany przebudową drogi pod auspicjami żółtych gwiazdek na niebieskim. Zostawiam maila, którego nigdy nie użyją.
- No więc Rumunia dzieli się na województwa, i ja sprzedaję herbatę do marketów w 12 z nich, Timiszoara, Arad, Dewa, bardzo duży obszar. Głównie do supermarketów, takich przedstawicieli jak ja jest na okręgi kilku. Nasze herbaty są dobre, z Cejlonu, brytyjskie marki. Ja zbieram zamówienia i przekazuję dokumenty do hurtowni. O, spójrz, jeszcze 160 kilometrów. Firma dobrze prosperuje, ma centralę w Bukareszcie, rumuński rynek jest duży, ale cały czas niedoceniany. Kiedyś ludzie w Aradzie pracowali głównie w kombinacie chemicznym. Popatrz, to on: nie działa już kilka lat a cały czas docierają tam tramwaje podmiejskie, widocznie jeszcze się nie dowiedziały, że nie ma po co. Ja wolę swoją pracę, nasze herbaty są ładnie wyeksponowane, zwłaszcza w Bomi. Tak, zawiozę cię na koniec miasta, tam jest centrum handlowe. Może masz chwilę, żeby wejść i zobaczyć moje herbaty na półkach? Zwróć uwagę na Ahmad: droga, ale aromatyczna. Spieszysz się? No to szerokiej drogi! Tu jest moja wizytówka - jakbyś chciał kiedyś zapytać o Rumunię, albo o herbatę...
- Out!
- Tu? Mam wysiąść na autostradzie? Zawieź mnie w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzie jest ten obrzygany Budapeszt? Przecież to jeszcze daleko. Tu nie wysiadam.
- Out!
- Kurwa, obraziłeś się czy co? Jak ja mam zleźć z tej drogi?
- Out!
Dobrze, owszem, zdrzemnąłem się chwilę i nie zabawiałem go rozmową, ale on ani słowa w innym niż węgierski. Kurwa. 6 kilometrów do zjazdu. Zatrzymuje się następny, drze się po madziarsku i daje mi w mordę. Co za kraj.
Rano wsiadam w pociąg. Wysłucham mniej historii, wypiję więcej piwa, przesiądę się milion razy, będę spać bez ryzyka pobicia.
Tak, Trianon to dla nich mało.
wtorek, 2 sierpnia 2011
true love
Przecież prawdziwa miłość to jest właśnie to uczucie, którym darzymy polskich farmaceutów. Gdy przychodzisz z karteczką 'lek na moje Intymne Schorzenie', kładziesz ją bezszelestnie na ladzie, a zamiast fachowej pomocy obdarzony zostajesz okrzykiem: 'na Pana Dyskretną Chorobę nic nie mamy'. O, tak.
Przykrzące się opuszczanie domu kompensuję planowaniem podróży. Jak już wychodzić, to na całego, w siną dal. Czy to rodzaj autyzmu - nie umieć wyjść po bułki, a móc wyjechać w dziwne miejsce oglądać doskonale spamiętane z nazw miejscowości, jedną po drugiej, i góry, pasmo po pasmie?
Zawsze podziwiano moją zdolność zapamiętywania rzeczy nieistotnych. Może da się na tym zarobić pieniądze? 'Kuglarz nad kuglarze zapamięta każdą bzdurę!' 'Na co dzień przyzwoity, schludny, robotny'.
Ech, te ciągłe przebieranki.
Przykrzące się opuszczanie domu kompensuję planowaniem podróży. Jak już wychodzić, to na całego, w siną dal. Czy to rodzaj autyzmu - nie umieć wyjść po bułki, a móc wyjechać w dziwne miejsce oglądać doskonale spamiętane z nazw miejscowości, jedną po drugiej, i góry, pasmo po pasmie?
Zawsze podziwiano moją zdolność zapamiętywania rzeczy nieistotnych. Może da się na tym zarobić pieniądze? 'Kuglarz nad kuglarze zapamięta każdą bzdurę!' 'Na co dzień przyzwoity, schludny, robotny'.
Ech, te ciągłe przebieranki.
środa, 27 lipca 2011
Zawsze będę podróżować 0P
0P to tramwaj ważny w moim życiu, choć nieutulony jest mój żal za jego shadow wersją, czyli nocnym 40. W 40 każde dwa krzesełka miały swoją osobną imprezę. Ale 0P uczy i bawi, jeżdżąc uporczywie w to swoje graniaste kółko. Dziś oznajmiło, że 'PiSu boją się złodzieje i łapówkaże' (pisownia oryginalna), wczoraj orzekło, iż 'nie ma kto wypierdolić Katarzyny Bogulewskiej'.
Bogulewska, łączę się w bólu. Umieram z ciekawości, co dzieje się w 0L.
Odchodzi lato. Jeszcze wcale to lato nie wybuchło, nie powaliło skwarem, nie wyprażyło trawy do cna. A już gaśnie. Wieczorne powietrze nie pachnie stęchłym, letnim kurzem, poranki moczą rosą, insekty nie buzują chmarami w ciężkim zaduchu.
Nie będzie już nigdy takiego jak kiedyś lata? Że upał nad robiniami stał przez trzy tygodnie w niewzruszonym spokoju, a świerszcze nie dawały zasnąć aż do pierwszej, drugiej, gdy w końcu robiło się nieco chłodniej? Nie będzie?
Niedługo zastanie mnie zima, a mieszkanie niegotowe. Ale może się uda, używam wkrętów metalowych firmy wkręt-met.
Bogulewska, łączę się w bólu. Umieram z ciekawości, co dzieje się w 0L.
Odchodzi lato. Jeszcze wcale to lato nie wybuchło, nie powaliło skwarem, nie wyprażyło trawy do cna. A już gaśnie. Wieczorne powietrze nie pachnie stęchłym, letnim kurzem, poranki moczą rosą, insekty nie buzują chmarami w ciężkim zaduchu.
Nie będzie już nigdy takiego jak kiedyś lata? Że upał nad robiniami stał przez trzy tygodnie w niewzruszonym spokoju, a świerszcze nie dawały zasnąć aż do pierwszej, drugiej, gdy w końcu robiło się nieco chłodniej? Nie będzie?
Niedługo zastanie mnie zima, a mieszkanie niegotowe. Ale może się uda, używam wkrętów metalowych firmy wkręt-met.
poniedziałek, 25 lipca 2011
fuck you
fuck you.
Po prostu się wszyscy pierdolcie. Jak bardzo kocham postęp tak nienawidzę przeniesienia się całego homoseksualnego życia do internetu. Haha, chłopcy.
***Dr Jekyll: 'Jeżeli szukasz tylko seksualnej przygody, to źle trafiłeś. Wierzę, że znajdę uczucie które pozwoli mi cieszyć się każdym dniem spędzonym z tobą'.
***Mr Hyde: 'Ulubione w łóżku: bareback, bondage, s&m, rimming'. Nie ma opcji 'fisting' ani 'pissing' do wyboru.
Dlatego właśnie pedalska pikieta to lepsze miejsce. Przedłużone spojrzenie, jakieś 8 do 10 sekund na podjęcie decyzji, krótki dialog:
- to gdzie idziemy?
- tam jest niezłe miejsce koło bramy, za fontanną.
Jest tu choćby szczelina, żeby wścibić uczucia? Nic nie ma.
Feelings are gay.
A ci fanatyczni miłośnicy rimmingu to w życiu cukierka nie zjedzą co spadł na podłogę, bo ble. Boją się pająków i siedzą w kolejce do przychodni całymi dniami na bóle. Tak, tak, doskonała kolejkowa komitywa: stare moherówy i ciotki. Naprawdę, dajcie mi wszyscy święty spokój.
Po prostu się wszyscy pierdolcie. Jak bardzo kocham postęp tak nienawidzę przeniesienia się całego homoseksualnego życia do internetu. Haha, chłopcy.
***Dr Jekyll: 'Jeżeli szukasz tylko seksualnej przygody, to źle trafiłeś. Wierzę, że znajdę uczucie które pozwoli mi cieszyć się każdym dniem spędzonym z tobą'.
***Mr Hyde: 'Ulubione w łóżku: bareback, bondage, s&m, rimming'. Nie ma opcji 'fisting' ani 'pissing' do wyboru.
Dlatego właśnie pedalska pikieta to lepsze miejsce. Przedłużone spojrzenie, jakieś 8 do 10 sekund na podjęcie decyzji, krótki dialog:
- to gdzie idziemy?
- tam jest niezłe miejsce koło bramy, za fontanną.
Jest tu choćby szczelina, żeby wścibić uczucia? Nic nie ma.
Feelings are gay.
A ci fanatyczni miłośnicy rimmingu to w życiu cukierka nie zjedzą co spadł na podłogę, bo ble. Boją się pająków i siedzą w kolejce do przychodni całymi dniami na bóle. Tak, tak, doskonała kolejkowa komitywa: stare moherówy i ciotki. Naprawdę, dajcie mi wszyscy święty spokój.
wtorek, 19 lipca 2011
powoli
W 1889 roku miasto [Żyrardów] odwiedził szach perski. To musiało być piękne przecież wydarzenie.
Do rangi symbolu urasta los biskupa Chryzostoma ze Smyrny, któremu w czasie linczu obcięto uszy, nos i ręce, a oczy zostały wydłubane nożem. Nie, nie, żadne średniowiecze, 1923 rok. Każde stadium rozwojowe kleszcza - larwa, nimfa i imago - musi raz wyssać krew kręgowca, aby móc się dalej rozwijać. Narody niczym się nie różnią od kleszczy. W końcu trudno być człowiekiem, ale najciężej - Grekiem.
Ja się przygotuję na odwiedziny siebie samego, pozbawionego lenia i depresji. Iście rooseveltowskiego new deal w moim życiu opus pierwsze: umyłem podłogę, i to nawet pod łóżkiem. Zawsze bowiem byłem wszechstronny niczym Napoleon; gdy pierwszy raz jechałem metrem, to nie tylko pierwszy raz jechałem metrem, lecz także pierwszy raz jechałem metrem bez biletu i pierwszy raz zgubiłem się w metrze. I tak dalej. Dzięki temu nikt nadal nie odkrył mojego sekretu: opuszczam biuro, i podczas gdy współpracownicy wespół w zespół z przełożonymi myślą, że wyszedłem załatwiać ważne Sprawy - przecież jestem tak wszechstronny, muszę mieć Sprawy - ja udaję się do toalety z oknem. W łazience z oknem zajmuję kabinę z oknem, sadowię zad na przymkniętym klozecie starając się nie pamiętać o ohydzie poskręcanych pod deską włosów łonowych, które wykrzykują mi prosto w oczy jak ohydną rzeczą jest społeczeństwo i przypominają, jak pożądaną trymer. Korpus formuję w stelę na parapecie i zastygam na trzy kwadranse w południowej drzemce.
Śni mi się wówczas pouczająca dykteryjka o tym, że nie wolno się wiązać z ludźmi, którzy naśmiewają się z naprawdę ważnych Spraw, naśmiewają się z hołodomoru i porajmosu. To jest prosty senny scenariusz, zwykłe wspomnienie.
Do rangi symbolu urasta los biskupa Chryzostoma ze Smyrny, któremu w czasie linczu obcięto uszy, nos i ręce, a oczy zostały wydłubane nożem. Nie, nie, żadne średniowiecze, 1923 rok. Każde stadium rozwojowe kleszcza - larwa, nimfa i imago - musi raz wyssać krew kręgowca, aby móc się dalej rozwijać. Narody niczym się nie różnią od kleszczy. W końcu trudno być człowiekiem, ale najciężej - Grekiem.
Ja się przygotuję na odwiedziny siebie samego, pozbawionego lenia i depresji. Iście rooseveltowskiego new deal w moim życiu opus pierwsze: umyłem podłogę, i to nawet pod łóżkiem. Zawsze bowiem byłem wszechstronny niczym Napoleon; gdy pierwszy raz jechałem metrem, to nie tylko pierwszy raz jechałem metrem, lecz także pierwszy raz jechałem metrem bez biletu i pierwszy raz zgubiłem się w metrze. I tak dalej. Dzięki temu nikt nadal nie odkrył mojego sekretu: opuszczam biuro, i podczas gdy współpracownicy wespół w zespół z przełożonymi myślą, że wyszedłem załatwiać ważne Sprawy - przecież jestem tak wszechstronny, muszę mieć Sprawy - ja udaję się do toalety z oknem. W łazience z oknem zajmuję kabinę z oknem, sadowię zad na przymkniętym klozecie starając się nie pamiętać o ohydzie poskręcanych pod deską włosów łonowych, które wykrzykują mi prosto w oczy jak ohydną rzeczą jest społeczeństwo i przypominają, jak pożądaną trymer. Korpus formuję w stelę na parapecie i zastygam na trzy kwadranse w południowej drzemce.
Śni mi się wówczas pouczająca dykteryjka o tym, że nie wolno się wiązać z ludźmi, którzy naśmiewają się z naprawdę ważnych Spraw, naśmiewają się z hołodomoru i porajmosu. To jest prosty senny scenariusz, zwykłe wspomnienie.
niedziela, 3 kwietnia 2011
zmiana
W trzy ostatnie miesiące się Rubikonów ponaprzekraczałem dziesiątkami. Żeby zdefiniować nienawiść, wyprowadziwszy ją z aberracji uczucia i oddania, a potem znaleźć się z powrotem w tym samym miejscu. Żadna z tego dla mnie nie płynie i tak nauka, słodki naiwniaczek: znowu się zaraz w coś wpakuję na pewno, oszukując się, że tego właśnie pragnę. Dla bezpieczeństwa może lepiej nie wyjdę dziś z sypialni?
W najbliższym czasie przeprowadzę wielką chodnikową aukcję rzeczy, które zostały u mnie porzucone przez ludzi, którzy zrobili mnie w butelkę. Nostalgia, uczucie które wcześniej mnie konstytuowało, całkiem zanikła.
Dobra, reset, szukamy dalej. Kurewsko jesienna ta wiosna.
Zacytujmy epistołę.
W najbliższym czasie przeprowadzę wielką chodnikową aukcję rzeczy, które zostały u mnie porzucone przez ludzi, którzy zrobili mnie w butelkę. Nostalgia, uczucie które wcześniej mnie konstytuowało, całkiem zanikła.
Dobra, reset, szukamy dalej. Kurewsko jesienna ta wiosna.
Zacytujmy epistołę.
Jestem zdumiony i zadziwiony tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, w mojej głowie, w moim otoczeniu. Muszę teraz podjąć decyzję, co mam robić ze swoim życiem, i nie tylko. W zaistniałej sytuacji każde wyjście przyniesie komuś cierpienie. Poczyniłem kroki i decyzje – sam, nie przymuszony – wziąłem na siebie odpowiedzialność. Teraz muszę ponieść ten krzyż. Jeśli ktoś zawinił, to tylko ja, zatem tylko ja mogę teraz cierpieć.Może nawet nie będę lodowaty. Muszę skupić się na pracy, pchać nasze życie do przodu, uporządkować setki spraw. Nie mogę dać temu rozwiązaniu żadnej gwarancji trwałości. Moim największym wrogiem jest alkohol. Piję non stop, dużo za dużo, i gadam, i robię rzeczy, których się wstydzę i błagam, żeby nigdy nie musieć o tym nikomu opowiedzieć. Kłamię i plączę się w swoich kłamstwach. Potrzebuję waszej pomocy, żeby nie pić. Żadnego niewinnego piwka. Pomóżcie mi. I powstrzymajcie, gdy będziecie widzieć, że idę prosto w przepaść. I nie plotkujcie o tym wszystkim, nie zróbcie z tego towarzyskiej nowinki listopada; nie czyńcie dwu- lub wieloznacznych uwag, żadnych głupich spojrzeń, żadnych docinków. Zachowajcie sobie w czułej pamięci całą tą historię i tyle. Biorę to na bary i idę do przodu, nic innego nie wymyślę. Czas pokaże, co jeszcze da się zbudować na tak gównianym fundamencie. Przepraszam za formę; taki nam teraz nastał ponury czas, że facebook jest areną życiowych przełomów i konfesji. Ratunku!
List przeczytać, spalić, wymazać.
Dziękuję wam za to, że mnie nie potępiacie. Uściski.Tak, tak, ale to było dawno, 2011 rokiem pasożytów na skórze.
poniedziałek, 7 lutego 2011
Józef
Józef siedzi ze mną w autobusie, on od okna, ja od przejścia. Ja zachowuję się najokropniej na świecie, zdaję sobie z tego w pewnej chwili sprawę. Słucham muzyki w słuchawkach podśpiewując po angielsku, gram w węża na komórce, na postoju w połowie drogi palę papierosa za papierosem, kupuję w kiosku skittlesy czerwone, marsa, koka kolę 0,5. Niezrozumiała jest dla właściciela kramu moja wzgarda względem kostek cukru podanych do kawy na osobnym spodeczku, uśmiech pod wąsem pobłażliwie kwituje moją minę na widok wygódki. Dzwonię na chwilę do matki rodzicielki, bo zapomniałem tego zrobić wcześniej, i upewniam o mojej doskonałej kondycji. Robię kilka zdjęć ogólnego rozgardiaszu, wiszących w dymie płatów mięsa, dokonuję nieudanych prób portretów z biodra. Wracam do autobusu: mam na sobie tylko t-shirt, a tu zaczyna padać śnieg.
Przejechaliśmy na pewno już ponad sto kilometrów, wszędzie dookoła góry, dawno na dole zostało to wielkie, straszliwie jazgotliwe miasto. Mieszanina woni, arabskich okrzyków i bydlęcych stęków, mnóstwo rąk naruszających moją cielesność na dworcu autobusowym. Nie mam zielonego pojęcia, jak z tego dworca skorzystać. Tłoczą się wszędzie wokół mnie. Odpowiadam na zaczepki łamaną francuszczyzną, ktoś wciska mi kolorowy kwitek, inny coś szybko na tym kwitku pisze, wlecze mnie za ręce, zabiera bagaż, każe zapłacić, jeszcze następny prowadzi do rozklekotanego busa podpisanego ورززات, którego nigdy sam bym nie znalazł. Wciska w fotel koło Józefa i każe siedzieć. Czuję się osaczony, ale powoli się przyzwyczajam. Przez autobus przewija się tłum apostołów głoszących prawdę o Allahu, dzieci sprzedających lizaki i chusteczki higieniczne, żebraczek. Nikt nie ma zamiaru mi powiedzieć, że odjazd nastąpi za, bagatela, półtorej godziny. Smród dusi.
Patrzę na ten śnieg i chwilkę się zamyślam nad tym, że jeszcze rano przed śniadaniem poszedłem pływać w oceanie. Teraz jesteśmy w górach wysokich, gołych i dzikich. Strzeliste ściany zamykają perspektywę przełęczy ze wszystkich stron. Brudna tabliczka podaje nazwę miejsca i wysokość: 2200 metrów nad poziom oceanu. Kierowca rozdaje wszystkim foliowe worki i jedziemy. Nadchodzi zmierzch.
Tak, to bardzo dziwne. Jestem jedynym Europejczykiem w tym wehikule, czuję jak autobus skręca na serpentynach pnąc się z mozołem pod szczyty gór w zupełnej ciemności. Rzygać najpierw zaczynają dzieci, później ich babki i matki, na końcu kilku młodych chłopaków. Nie wiem, co się dzieje; Józef też rzyga. Podaję mu wodę i chusteczki, patrzy na mnie z odrobiną zawstydzenia w oczach, wtula głowę w fotel. Smród, wcześniej słodkawy i niezbyt stanowczy, teraz wypełnił się kwaśną treścią żołądków i staje się nieznośny. Po kolejnych godzinach zjeżdżamy z gór, niebo rozświetlają gwiazdy, księżyc oświetla wielką, pustą, suchą przestrzeń; próbuję wgapiać się w dal. Gastryczność współtowarzyszy podróży przestaje im wreszcie doskwierać, w końcu są w domu. Sahara. W ciemności ich czarne berberyjskie twarze oświetlają niezdrowym błękitem ekrany telefonów, na których uporczywie piszą esemesy od prawej do lewej. Zaczynamy rozmawiać.
Józef jest ode mnie młodszy, ma 22 lata, piękną cerę, kręcone włosy i oszałamiające zęby. Ubrany według lokalnej mody w galabiję i najki. Studiuje w szkole filmowej i właśnie po raz pierwszy w życiu był po drugiej stronie gór. Zachwyciła go roślinność (według mojej miary więcej niż skąpa), ilość ludzi, ilość kin. Marzy, by zobaczyć Paryż i chciałby w nim pracować, robić filmy. Bawi mnie jego angielski, on zwija się ze śmiechu gdy ja usiłuję mówić po francusku. Razem idziemy ulicami miasta, niebo jest bardzo czyste, powietrze bardzo ciepłe, choć jest koniec stycznia. Jego dwudziestoosobowa rodzina mieszka niedaleko, kilkadziesiąt kilometrów, w oazie daktylowej. Józef jeszcze odprowadzi mnie pod drzwi hotelu Royal przy głównym placu, uśmiechnie się nieśmiało, pokiwa głową z niedowierzaniem na me słowa, że w moim mieście jest w tej samej chwili 15 stopni mrozu. Wreszcie z błyszczącymi oczami zapyta mnie, jak wygląda morze, a ja poczuję się najdziwniej w życiu. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bije z naszej rozmowy serdeczna, prawdziwa intymność; jako muzułmanin nie jest wcale zdziwiony, gdy na pożegnanie postanawiam potrzeć moim policzkiem o jego policzek.
Jadę nazajutrz między te daktyle. Szosa wiedzie przez oszałamiającą piaszczystą pustkę, poprzecinaną głębokimi wąwozami efemerycznych rzek. W oddali widać obsypane śniegiem góry, przyczynę niedoli podróżujących autobusem, które wyglądają jak wzór gór z Sevres. Jest mi niesamowicie gorąco, ale nie mogę zdjąć chusty z głowy, piach jest drobny i wszędobylski. Podróżuję starym mercedesem, który w tej części świata pełni funkcję grand taxi - stoi na pylistym placu pod kinem "Sahara" i czeka, aż uzbiera się odpowiednia liczba pasażerów. Trwa to całe przedpołudnie; wreszcie ruszamy, w aucie jest siedem osób i kilkadziesiąt kilo naci z pietruszki. Przy każdym zakręcie przechylam się w stronę młodej kobiety, wyraźnie czując jej kwaśną woń i drżenie wywołane obyczajową trwogą: biały mężczyzna pociera udem jej udo.
Tu już nie ma co cwaniakować, zachodnie słodycze i koka kolę zastępuję daktylami, pomarańczami i słodką miętową herbatą. Mają też fenomenalny wybór orzechów w kolorowych cukrowych lub korzennych posypkach, nasypywanych brudną łapą z wielkiego kosza w rożek z gazety. Po wyjedzeniu orzechów spoziera ze zdjęcia utłuszczony królewski majestat Mahometa VI. Jest dzień targowy. Idę przez tę oazę całymi godzinami, gaj palmowy daje mizerną ułudę cienia. Wszyscy zmierzają w drugim kierunku, na suk. Mężczyźni na osłach, rowerach, pierdzących skuterkach, dwukółkach, wewnątrz lub na dachach ciężarówek. Kobiety na pieszo, otoczone gromadką dzieci, z pouwieszanymi na szyjach i plecach niemowlętami. Wszyscy zgodnie targają za sobą jakieś płody na sprzedaż.
Groble wiją się między poletkami, pasmo górskie na wschodzie zakrzywiło się i przestało być wyznacznikiem kierunku. Domy są zbudowane z gliny, z wnętrz bije piwniczny chłód. System melioracji jest wspaniały, w kwitnących sadach uwijają się w błocie umorusane dzieci, szturchając patykami kijanki. Charczącą arabszczyzną przegania mnie ze swojej działki jakaś zgarbiona kobieta, która w wodzie po kostki sadzi ryż. Wygląda na taką, która już nigdy się nie rozprostuje.
Zgubiłem się, cholera, w tym oceanie wątłych chałup. Na szczęście po półgodzinie dochodzę do szosy, jedzie ciężarówka. Kilku wyrostków pomaga mi się wdrapać na dach, odszukuję stosowną monetę, jadę przez te szczęśliwe wertepy i czuję się bosko. Ciekawe, który to dom Józefa.
Myślę sobie o nim jeszcze później, gdy po raz kolejny stanąłem nad oceanem. Cholernie życzę mu, żeby kiedyś naprawdę trafił do tego Paryża. Tymczasem trzeba zebrać z kamienistej plaży manatki i udać się w stronę domu. Śpiewnie wypowiadam taksówkarzowi podniecającą, najpiękniejszą i egzotyczną nazwę stacji kolejowej: Casa Voyageurs. Casa Voyageurs!
Samolot startuje z małego lotniska. Już się przyzwyczaiłem, że nie ma Europejczyków, bardzo mnie to cieszy. Jeszcze nie wiem, że z pociągu kuszetkowego zabieram ze sobą na wycieczkę do Europy afrykańskie wszy. Budzę się w zimnej, mglistej i drogiej Brukseli, nie można nigdzie palić a byle kanapka kosztuje krocie. Tego chcesz, Józefie? Naprawdę?
Jeśli chcesz pokazać Józefowi Paryż, albo morze, napisz do niego.
Przejechaliśmy na pewno już ponad sto kilometrów, wszędzie dookoła góry, dawno na dole zostało to wielkie, straszliwie jazgotliwe miasto. Mieszanina woni, arabskich okrzyków i bydlęcych stęków, mnóstwo rąk naruszających moją cielesność na dworcu autobusowym. Nie mam zielonego pojęcia, jak z tego dworca skorzystać. Tłoczą się wszędzie wokół mnie. Odpowiadam na zaczepki łamaną francuszczyzną, ktoś wciska mi kolorowy kwitek, inny coś szybko na tym kwitku pisze, wlecze mnie za ręce, zabiera bagaż, każe zapłacić, jeszcze następny prowadzi do rozklekotanego busa podpisanego ورززات, którego nigdy sam bym nie znalazł. Wciska w fotel koło Józefa i każe siedzieć. Czuję się osaczony, ale powoli się przyzwyczajam. Przez autobus przewija się tłum apostołów głoszących prawdę o Allahu, dzieci sprzedających lizaki i chusteczki higieniczne, żebraczek. Nikt nie ma zamiaru mi powiedzieć, że odjazd nastąpi za, bagatela, półtorej godziny. Smród dusi.
Patrzę na ten śnieg i chwilkę się zamyślam nad tym, że jeszcze rano przed śniadaniem poszedłem pływać w oceanie. Teraz jesteśmy w górach wysokich, gołych i dzikich. Strzeliste ściany zamykają perspektywę przełęczy ze wszystkich stron. Brudna tabliczka podaje nazwę miejsca i wysokość: 2200 metrów nad poziom oceanu. Kierowca rozdaje wszystkim foliowe worki i jedziemy. Nadchodzi zmierzch.
Tak, to bardzo dziwne. Jestem jedynym Europejczykiem w tym wehikule, czuję jak autobus skręca na serpentynach pnąc się z mozołem pod szczyty gór w zupełnej ciemności. Rzygać najpierw zaczynają dzieci, później ich babki i matki, na końcu kilku młodych chłopaków. Nie wiem, co się dzieje; Józef też rzyga. Podaję mu wodę i chusteczki, patrzy na mnie z odrobiną zawstydzenia w oczach, wtula głowę w fotel. Smród, wcześniej słodkawy i niezbyt stanowczy, teraz wypełnił się kwaśną treścią żołądków i staje się nieznośny. Po kolejnych godzinach zjeżdżamy z gór, niebo rozświetlają gwiazdy, księżyc oświetla wielką, pustą, suchą przestrzeń; próbuję wgapiać się w dal. Gastryczność współtowarzyszy podróży przestaje im wreszcie doskwierać, w końcu są w domu. Sahara. W ciemności ich czarne berberyjskie twarze oświetlają niezdrowym błękitem ekrany telefonów, na których uporczywie piszą esemesy od prawej do lewej. Zaczynamy rozmawiać.
Józef jest ode mnie młodszy, ma 22 lata, piękną cerę, kręcone włosy i oszałamiające zęby. Ubrany według lokalnej mody w galabiję i najki. Studiuje w szkole filmowej i właśnie po raz pierwszy w życiu był po drugiej stronie gór. Zachwyciła go roślinność (według mojej miary więcej niż skąpa), ilość ludzi, ilość kin. Marzy, by zobaczyć Paryż i chciałby w nim pracować, robić filmy. Bawi mnie jego angielski, on zwija się ze śmiechu gdy ja usiłuję mówić po francusku. Razem idziemy ulicami miasta, niebo jest bardzo czyste, powietrze bardzo ciepłe, choć jest koniec stycznia. Jego dwudziestoosobowa rodzina mieszka niedaleko, kilkadziesiąt kilometrów, w oazie daktylowej. Józef jeszcze odprowadzi mnie pod drzwi hotelu Royal przy głównym placu, uśmiechnie się nieśmiało, pokiwa głową z niedowierzaniem na me słowa, że w moim mieście jest w tej samej chwili 15 stopni mrozu. Wreszcie z błyszczącymi oczami zapyta mnie, jak wygląda morze, a ja poczuję się najdziwniej w życiu. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bije z naszej rozmowy serdeczna, prawdziwa intymność; jako muzułmanin nie jest wcale zdziwiony, gdy na pożegnanie postanawiam potrzeć moim policzkiem o jego policzek.
Jadę nazajutrz między te daktyle. Szosa wiedzie przez oszałamiającą piaszczystą pustkę, poprzecinaną głębokimi wąwozami efemerycznych rzek. W oddali widać obsypane śniegiem góry, przyczynę niedoli podróżujących autobusem, które wyglądają jak wzór gór z Sevres. Jest mi niesamowicie gorąco, ale nie mogę zdjąć chusty z głowy, piach jest drobny i wszędobylski. Podróżuję starym mercedesem, który w tej części świata pełni funkcję grand taxi - stoi na pylistym placu pod kinem "Sahara" i czeka, aż uzbiera się odpowiednia liczba pasażerów. Trwa to całe przedpołudnie; wreszcie ruszamy, w aucie jest siedem osób i kilkadziesiąt kilo naci z pietruszki. Przy każdym zakręcie przechylam się w stronę młodej kobiety, wyraźnie czując jej kwaśną woń i drżenie wywołane obyczajową trwogą: biały mężczyzna pociera udem jej udo.
Tu już nie ma co cwaniakować, zachodnie słodycze i koka kolę zastępuję daktylami, pomarańczami i słodką miętową herbatą. Mają też fenomenalny wybór orzechów w kolorowych cukrowych lub korzennych posypkach, nasypywanych brudną łapą z wielkiego kosza w rożek z gazety. Po wyjedzeniu orzechów spoziera ze zdjęcia utłuszczony królewski majestat Mahometa VI. Jest dzień targowy. Idę przez tę oazę całymi godzinami, gaj palmowy daje mizerną ułudę cienia. Wszyscy zmierzają w drugim kierunku, na suk. Mężczyźni na osłach, rowerach, pierdzących skuterkach, dwukółkach, wewnątrz lub na dachach ciężarówek. Kobiety na pieszo, otoczone gromadką dzieci, z pouwieszanymi na szyjach i plecach niemowlętami. Wszyscy zgodnie targają za sobą jakieś płody na sprzedaż.
Groble wiją się między poletkami, pasmo górskie na wschodzie zakrzywiło się i przestało być wyznacznikiem kierunku. Domy są zbudowane z gliny, z wnętrz bije piwniczny chłód. System melioracji jest wspaniały, w kwitnących sadach uwijają się w błocie umorusane dzieci, szturchając patykami kijanki. Charczącą arabszczyzną przegania mnie ze swojej działki jakaś zgarbiona kobieta, która w wodzie po kostki sadzi ryż. Wygląda na taką, która już nigdy się nie rozprostuje.
Zgubiłem się, cholera, w tym oceanie wątłych chałup. Na szczęście po półgodzinie dochodzę do szosy, jedzie ciężarówka. Kilku wyrostków pomaga mi się wdrapać na dach, odszukuję stosowną monetę, jadę przez te szczęśliwe wertepy i czuję się bosko. Ciekawe, który to dom Józefa.
Myślę sobie o nim jeszcze później, gdy po raz kolejny stanąłem nad oceanem. Cholernie życzę mu, żeby kiedyś naprawdę trafił do tego Paryża. Tymczasem trzeba zebrać z kamienistej plaży manatki i udać się w stronę domu. Śpiewnie wypowiadam taksówkarzowi podniecającą, najpiękniejszą i egzotyczną nazwę stacji kolejowej: Casa Voyageurs. Casa Voyageurs!
Samolot startuje z małego lotniska. Już się przyzwyczaiłem, że nie ma Europejczyków, bardzo mnie to cieszy. Jeszcze nie wiem, że z pociągu kuszetkowego zabieram ze sobą na wycieczkę do Europy afrykańskie wszy. Budzę się w zimnej, mglistej i drogiej Brukseli, nie można nigdzie palić a byle kanapka kosztuje krocie. Tego chcesz, Józefie? Naprawdę?
Jeśli chcesz pokazać Józefowi Paryż, albo morze, napisz do niego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)