Po dwóch jednodobowych pobytach na Węgrzech w ciągu 10 dni stwierdzam po raz kolejny, że w Trianon obeszli się z nimi zbyt łagodnie.
Od początku zaś - to było tak:
- Ja nie wiem, dokąd dokładnie jadę, gdzieś za Katowice. Ja jestem spod Poznania.
- No, ale ruszasz się też czasem gdzieś indziej.
- A, tam, będę się tłukł po tym zasranym kraju, jak gówno w przeręblu. A Ostrawa? Ostrawa to nie mam pojęcia, gdzie to jest.
- Moja żona jutro rodzi, dobrze dobrze. Napijemy się. A ja to muszę odpocząć jak ją wezmą do szpitala, bo ja mam jeszcze jedną robotę, wiesz. Odstawiam tira i gram na weselach, a jutro sobota.
- Ale może chciałaby, żebyś był przy niej? Nie można tego odwołać?
- A tam, to są babskie sprawy, a tu parę groszy wpadnie, teraz są ciężkie czasy. Do Ostrawy tam, tam prosto. A ty, dupę jakąś masz?
- Dźi tom, do jokiejś Ostrowy mindzy Pepiki. Ja do Zabyłkowa. Śiodo? Se przez Odre dalej piszo przylyzie, tam jaka bana jyździ.
- A palisz pan? Można w aucie?
- Jo mom pylice płuc, co mi po szychcie na grubie została, ale pal, pal.
Noc. Beskid Czadecki, Imperium ślimaków bez skorupy.
- A ty jesteś pewien, że na Koszyce to do Rumuńska nie jest szpatna droga?
- Chcę Tatry zobaczyć.
- Aaa. My tylko do Martinu, to tu jest pierwsze miasto za Żyliną, nic się nie przejmuj że tam taki burdel z tyłu, my tylko tej nocy z żoną i córką przyjechaliśmy z Chorwacka, jakie tam słonko, woda, wino. Słoweńsko drogie, diabli to euro nadali.
- A nasze góry by ci nie wystarczyły? Tatry są krasne bardzo, Niskie Tatry też. My się tu zatrzymamy zaraz za Rużomberkiem, w szkole żeśmy zawsze żartowali, że to takie śmierdzące miasto, bo tu jest wiesz, fabryka celulozy. Widzisz, tamę postawili, wołają na to Słowackie Morze - jaki kraj, takie i morze. Może zjesz haluszki? Nie wiesz, co to haluszki?
- Nie wiem. Z mięsem to jest?
- Kluseczki z bryndzą i słoniną. Jak chcesz, można i bez słoniny, ze śmietaną. Zamawiamy? Ja bym nie mogła być wegetarianką, patrz jaki mi sznycel śliczny niosą. Jadę do Szczyrby na leczenie, mam astmę, a ten mi tu znowu kopci! Ech. Dobre haluszki? To prezydentom podają na zamku w Bratysławie, jak któryś przyjedzie. Masz tu morele na drogę. A ty tam w tym Rumuńsku jakąś frajerkę będziesz odwiedzać?
- Nie. Zapłacę.
- Zdenek, on chce płacić.
- No, jeszcze czego, zabieraj bo łapy poprzetrącam. Ty masz do Rumuńska dojechać.
- Dziękuję. Bardzo mili z was ludzie, niespotykanie.
- No, ciesz się. Więcej już takich nie spotkasz.
- Do Miszkolcu albo Debreczyna? Czy ja wiem... Raczej się chcieliśmy kłaść spać już, zaraz zmierzch.
- Ale to się pan musi do Koszyc wrócić, tu nic nie ma. Państwo z Wrocławia?
- No, z Dolnego Śląska, ale z tej części, która należy do diecezji kaliskiej.
- Ahhhm... No więc jak? Do Warny pan musi przez Bukareszt. Tu, o tu, jest teraz autostrada, pana mapa jest stara. Związek Radziecki już nie istnieje, jest pan tego świadom?
- Dobra, no to jedziemy. Matko Boża, tak na ciemną noc...
- Niech się pan uspokoi, jest 19.
- Dobra, dzieciaki, przeżegnać się i jedziemy. Tam pan siada, tylko ten koszyk proszę sobie między nogi.
- Wiezie pan małosolne do Bułgarii?
- A co? Kupimy forinty. S się czyta jak sz, pamiętam bo był taki facet List a czytało się Liszt. Franciszek Liszt.
- Ferenc, nie Franciszek.
- Ja tam naszych świętych wyznaję. Matko, 90 kilometrów w tę noc... To pojedziemy do tego Debreczyna. Gdzie tu jest centrum, hotel? Chyba będziemy spać w samochodzie. Ile to zmartwień, nawet nie połowa drogi. A może to lepiej tak pomału jechać. Dzieci, zaśpiewamy razem coś żeby za kierownicą nie zasnąć?
- "Poszła Karolinka do Gogolina...". Coś słabo, dzieciaczki? Mama?
- To może ja? "...anielski orszak niech twą duuuszę przyyyjmie..."
- Ale pan ma poczucie humoru, wie pan co.
- Dobra, to ja tu wysiądę w centrum. Przy wylotówce pewnie będzie jakiś motel, szczęść boże.
Koniec katolicko-klimatyzowanego koszmaru. Forinty, piwo, camele, krzaki, namiot. Paliałdwarok to dworzec?
- Cześć Polactwo! Lubię robić niespodzianki.
- No co jak co, ale na dworcu w Oradei się nie spodziewaliśmy pana. Fajnie tu?
- Jak w Przemyślu, tylko są tramwaje. Przyjechałem stopem z miłym Węgrem, wyobrażacie sobie? Opowiadał mi o rozbiorach i o tym, że oni krzyżują mapę Korony Świętego Stefana w kościołach, kazał nie jechać nad morze. Co robimy?
- Autogara, pekaes, jedziemy w góry. Taka jura częstochowska, tylko większa. A ty potem co?
- Retezat.
- Wiesz, że to wielkie góry? Dasz sobie radę?
- Pewnie. Nazwa mi się podoba. Na wycieczkach tego typu homoseksualizm pozostaje odwieszony na kołku w przedpokoju.
Dupa fiskalizacja tranzakcja anulacja trululul. Wspaniały język.
- Dżem. Bułki. Ser, można ukroić pół? Cztery marsy. Woda. Piwo. Mapa jest?
- Mapa? Tam stoi, przed sklepem.
- No ale żeby zabrać?
- A skąd tam. Tam prosto, do góry.
- Halo, halo. Stój. Mi w sklepie, magazin, powiedzieli że ty idziesz przez wieś. Nie idź w żaden las spać, dziki, ursusy, u mnie jest miejsce, jest wygódka. Już, już, kobyłę zabiorę. Uh, muszę zapalić, cigaret. Namiot zamknij, kort, bo ci koty nawłażą.
- Ty tu sama, singul?
- Sama. Starość na wsi. Mąż umarł, mort, czterech synów, do Italii pojechało pracować, labore. Bieda w Rumunii, a góry wysokie, mare. Tam prosto schronisko, kabana, ale jak daleko? Ja tam nigdy nie byłam. Daj jeszcze papierosa, widziałam, że masz dobre, madziarskie. Uh. Jeść będziesz? Chleb, mięso, karne, chcesz? Ja patrz jaka się na starość zrobiłam gruba.
- Ach. Tylko wody gorącej, apa kalda, do termosu możecie wlać?
- Już już. A 10 lei na papierosy byś mi nie zostawił? Ja tu sama, singul.
No dobra, na co mi pieniądze w tej dziczy. Herbatę zalała zimną. Jeszcze chyba nie dotarły tu takie nowinki.
- Cześć. Mówicie po angielsku? Zamokły mi papierosy w górach, i telefon też. Popełniłem straszliwe przestępstwo przeciw narodowi rumuńskiemu, spałem w parku narodowym na turni, ja pierdolę, jak tam było zimno. Macie tytoń? Tu jest super, wszystko jest, mamałyga i piwo. Skąd jesteście?
- Z Rumunii, ale tam są nasze przyjaciółki, Niemki. Zakochały się w Karpatach, przyjechały trzeci raz. Idziemy szukać kempingu w dolinie, tu już nie ma miejsca.
- Mogę iść z wami?
Mają busa. Jedzą arabskie chlebki z pasztetem sojowym. Zbierają kiepy do słoika. Rano grzecznie wszyscy wdeptujemy w krowie placki, zostawione przez stado z dzwoneczkami. Jest pięknie. Zbieramy śmiecie z pobocza w czasie postoju, ruch wahadłowy spowodowany przebudową drogi pod auspicjami żółtych gwiazdek na niebieskim. Zostawiam maila, którego nigdy nie użyją.
- No więc Rumunia dzieli się na województwa, i ja sprzedaję herbatę do marketów w 12 z nich, Timiszoara, Arad, Dewa, bardzo duży obszar. Głównie do supermarketów, takich przedstawicieli jak ja jest na okręgi kilku. Nasze herbaty są dobre, z Cejlonu, brytyjskie marki. Ja zbieram zamówienia i przekazuję dokumenty do hurtowni. O, spójrz, jeszcze 160 kilometrów. Firma dobrze prosperuje, ma centralę w Bukareszcie, rumuński rynek jest duży, ale cały czas niedoceniany. Kiedyś ludzie w Aradzie pracowali głównie w kombinacie chemicznym. Popatrz, to on: nie działa już kilka lat a cały czas docierają tam tramwaje podmiejskie, widocznie jeszcze się nie dowiedziały, że nie ma po co. Ja wolę swoją pracę, nasze herbaty są ładnie wyeksponowane, zwłaszcza w Bomi. Tak, zawiozę cię na koniec miasta, tam jest centrum handlowe. Może masz chwilę, żeby wejść i zobaczyć moje herbaty na półkach? Zwróć uwagę na Ahmad: droga, ale aromatyczna. Spieszysz się? No to szerokiej drogi! Tu jest moja wizytówka - jakbyś chciał kiedyś zapytać o Rumunię, albo o herbatę...
- Out!
- Tu? Mam wysiąść na autostradzie? Zawieź mnie w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzie jest ten obrzygany Budapeszt? Przecież to jeszcze daleko. Tu nie wysiadam.
- Out!
- Kurwa, obraziłeś się czy co? Jak ja mam zleźć z tej drogi?
- Out!
Dobrze, owszem, zdrzemnąłem się chwilę i nie zabawiałem go rozmową, ale on ani słowa w innym niż węgierski. Kurwa. 6 kilometrów do zjazdu. Zatrzymuje się następny, drze się po madziarsku i daje mi w mordę. Co za kraj.
Rano wsiadam w pociąg. Wysłucham mniej historii, wypiję więcej piwa, przesiądę się milion razy, będę spać bez ryzyka pobicia.
Tak, Trianon to dla nich mało.
Od początku zaś - to było tak:
- Ja nie wiem, dokąd dokładnie jadę, gdzieś za Katowice. Ja jestem spod Poznania.
- No, ale ruszasz się też czasem gdzieś indziej.
- A, tam, będę się tłukł po tym zasranym kraju, jak gówno w przeręblu. A Ostrawa? Ostrawa to nie mam pojęcia, gdzie to jest.
- Moja żona jutro rodzi, dobrze dobrze. Napijemy się. A ja to muszę odpocząć jak ją wezmą do szpitala, bo ja mam jeszcze jedną robotę, wiesz. Odstawiam tira i gram na weselach, a jutro sobota.
- Ale może chciałaby, żebyś był przy niej? Nie można tego odwołać?
- A tam, to są babskie sprawy, a tu parę groszy wpadnie, teraz są ciężkie czasy. Do Ostrawy tam, tam prosto. A ty, dupę jakąś masz?
- Dźi tom, do jokiejś Ostrowy mindzy Pepiki. Ja do Zabyłkowa. Śiodo? Se przez Odre dalej piszo przylyzie, tam jaka bana jyździ.
- A palisz pan? Można w aucie?
- Jo mom pylice płuc, co mi po szychcie na grubie została, ale pal, pal.
Noc. Beskid Czadecki, Imperium ślimaków bez skorupy.
- A ty jesteś pewien, że na Koszyce to do Rumuńska nie jest szpatna droga?
- Chcę Tatry zobaczyć.
- Aaa. My tylko do Martinu, to tu jest pierwsze miasto za Żyliną, nic się nie przejmuj że tam taki burdel z tyłu, my tylko tej nocy z żoną i córką przyjechaliśmy z Chorwacka, jakie tam słonko, woda, wino. Słoweńsko drogie, diabli to euro nadali.
- A nasze góry by ci nie wystarczyły? Tatry są krasne bardzo, Niskie Tatry też. My się tu zatrzymamy zaraz za Rużomberkiem, w szkole żeśmy zawsze żartowali, że to takie śmierdzące miasto, bo tu jest wiesz, fabryka celulozy. Widzisz, tamę postawili, wołają na to Słowackie Morze - jaki kraj, takie i morze. Może zjesz haluszki? Nie wiesz, co to haluszki?
- Nie wiem. Z mięsem to jest?
- Kluseczki z bryndzą i słoniną. Jak chcesz, można i bez słoniny, ze śmietaną. Zamawiamy? Ja bym nie mogła być wegetarianką, patrz jaki mi sznycel śliczny niosą. Jadę do Szczyrby na leczenie, mam astmę, a ten mi tu znowu kopci! Ech. Dobre haluszki? To prezydentom podają na zamku w Bratysławie, jak któryś przyjedzie. Masz tu morele na drogę. A ty tam w tym Rumuńsku jakąś frajerkę będziesz odwiedzać?
- Nie. Zapłacę.
- Zdenek, on chce płacić.
- No, jeszcze czego, zabieraj bo łapy poprzetrącam. Ty masz do Rumuńska dojechać.
- Dziękuję. Bardzo mili z was ludzie, niespotykanie.
- No, ciesz się. Więcej już takich nie spotkasz.
- Do Miszkolcu albo Debreczyna? Czy ja wiem... Raczej się chcieliśmy kłaść spać już, zaraz zmierzch.
- Ale to się pan musi do Koszyc wrócić, tu nic nie ma. Państwo z Wrocławia?
- No, z Dolnego Śląska, ale z tej części, która należy do diecezji kaliskiej.
- Ahhhm... No więc jak? Do Warny pan musi przez Bukareszt. Tu, o tu, jest teraz autostrada, pana mapa jest stara. Związek Radziecki już nie istnieje, jest pan tego świadom?
- Dobra, no to jedziemy. Matko Boża, tak na ciemną noc...
- Niech się pan uspokoi, jest 19.
- Dobra, dzieciaki, przeżegnać się i jedziemy. Tam pan siada, tylko ten koszyk proszę sobie między nogi.
- Wiezie pan małosolne do Bułgarii?
- A co? Kupimy forinty. S się czyta jak sz, pamiętam bo był taki facet List a czytało się Liszt. Franciszek Liszt.
- Ferenc, nie Franciszek.
- Ja tam naszych świętych wyznaję. Matko, 90 kilometrów w tę noc... To pojedziemy do tego Debreczyna. Gdzie tu jest centrum, hotel? Chyba będziemy spać w samochodzie. Ile to zmartwień, nawet nie połowa drogi. A może to lepiej tak pomału jechać. Dzieci, zaśpiewamy razem coś żeby za kierownicą nie zasnąć?
- "Poszła Karolinka do Gogolina...". Coś słabo, dzieciaczki? Mama?
- To może ja? "...anielski orszak niech twą duuuszę przyyyjmie..."
- Ale pan ma poczucie humoru, wie pan co.
- Dobra, to ja tu wysiądę w centrum. Przy wylotówce pewnie będzie jakiś motel, szczęść boże.
Koniec katolicko-klimatyzowanego koszmaru. Forinty, piwo, camele, krzaki, namiot. Paliałdwarok to dworzec?
- Cześć Polactwo! Lubię robić niespodzianki.
- No co jak co, ale na dworcu w Oradei się nie spodziewaliśmy pana. Fajnie tu?
- Jak w Przemyślu, tylko są tramwaje. Przyjechałem stopem z miłym Węgrem, wyobrażacie sobie? Opowiadał mi o rozbiorach i o tym, że oni krzyżują mapę Korony Świętego Stefana w kościołach, kazał nie jechać nad morze. Co robimy?
- Autogara, pekaes, jedziemy w góry. Taka jura częstochowska, tylko większa. A ty potem co?
- Retezat.
- Wiesz, że to wielkie góry? Dasz sobie radę?
- Pewnie. Nazwa mi się podoba. Na wycieczkach tego typu homoseksualizm pozostaje odwieszony na kołku w przedpokoju.
Dupa fiskalizacja tranzakcja anulacja trululul. Wspaniały język.
- Dżem. Bułki. Ser, można ukroić pół? Cztery marsy. Woda. Piwo. Mapa jest?
- Mapa? Tam stoi, przed sklepem.
- No ale żeby zabrać?
- A skąd tam. Tam prosto, do góry.
- Halo, halo. Stój. Mi w sklepie, magazin, powiedzieli że ty idziesz przez wieś. Nie idź w żaden las spać, dziki, ursusy, u mnie jest miejsce, jest wygódka. Już, już, kobyłę zabiorę. Uh, muszę zapalić, cigaret. Namiot zamknij, kort, bo ci koty nawłażą.
- Ty tu sama, singul?
- Sama. Starość na wsi. Mąż umarł, mort, czterech synów, do Italii pojechało pracować, labore. Bieda w Rumunii, a góry wysokie, mare. Tam prosto schronisko, kabana, ale jak daleko? Ja tam nigdy nie byłam. Daj jeszcze papierosa, widziałam, że masz dobre, madziarskie. Uh. Jeść będziesz? Chleb, mięso, karne, chcesz? Ja patrz jaka się na starość zrobiłam gruba.
- Ach. Tylko wody gorącej, apa kalda, do termosu możecie wlać?
- Już już. A 10 lei na papierosy byś mi nie zostawił? Ja tu sama, singul.
No dobra, na co mi pieniądze w tej dziczy. Herbatę zalała zimną. Jeszcze chyba nie dotarły tu takie nowinki.
- Cześć. Mówicie po angielsku? Zamokły mi papierosy w górach, i telefon też. Popełniłem straszliwe przestępstwo przeciw narodowi rumuńskiemu, spałem w parku narodowym na turni, ja pierdolę, jak tam było zimno. Macie tytoń? Tu jest super, wszystko jest, mamałyga i piwo. Skąd jesteście?
- Z Rumunii, ale tam są nasze przyjaciółki, Niemki. Zakochały się w Karpatach, przyjechały trzeci raz. Idziemy szukać kempingu w dolinie, tu już nie ma miejsca.
- Mogę iść z wami?
Mają busa. Jedzą arabskie chlebki z pasztetem sojowym. Zbierają kiepy do słoika. Rano grzecznie wszyscy wdeptujemy w krowie placki, zostawione przez stado z dzwoneczkami. Jest pięknie. Zbieramy śmiecie z pobocza w czasie postoju, ruch wahadłowy spowodowany przebudową drogi pod auspicjami żółtych gwiazdek na niebieskim. Zostawiam maila, którego nigdy nie użyją.
- No więc Rumunia dzieli się na województwa, i ja sprzedaję herbatę do marketów w 12 z nich, Timiszoara, Arad, Dewa, bardzo duży obszar. Głównie do supermarketów, takich przedstawicieli jak ja jest na okręgi kilku. Nasze herbaty są dobre, z Cejlonu, brytyjskie marki. Ja zbieram zamówienia i przekazuję dokumenty do hurtowni. O, spójrz, jeszcze 160 kilometrów. Firma dobrze prosperuje, ma centralę w Bukareszcie, rumuński rynek jest duży, ale cały czas niedoceniany. Kiedyś ludzie w Aradzie pracowali głównie w kombinacie chemicznym. Popatrz, to on: nie działa już kilka lat a cały czas docierają tam tramwaje podmiejskie, widocznie jeszcze się nie dowiedziały, że nie ma po co. Ja wolę swoją pracę, nasze herbaty są ładnie wyeksponowane, zwłaszcza w Bomi. Tak, zawiozę cię na koniec miasta, tam jest centrum handlowe. Może masz chwilę, żeby wejść i zobaczyć moje herbaty na półkach? Zwróć uwagę na Ahmad: droga, ale aromatyczna. Spieszysz się? No to szerokiej drogi! Tu jest moja wizytówka - jakbyś chciał kiedyś zapytać o Rumunię, albo o herbatę...
- Out!
- Tu? Mam wysiąść na autostradzie? Zawieź mnie w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzie jest ten obrzygany Budapeszt? Przecież to jeszcze daleko. Tu nie wysiadam.
- Out!
- Kurwa, obraziłeś się czy co? Jak ja mam zleźć z tej drogi?
- Out!
Dobrze, owszem, zdrzemnąłem się chwilę i nie zabawiałem go rozmową, ale on ani słowa w innym niż węgierski. Kurwa. 6 kilometrów do zjazdu. Zatrzymuje się następny, drze się po madziarsku i daje mi w mordę. Co za kraj.
Rano wsiadam w pociąg. Wysłucham mniej historii, wypiję więcej piwa, przesiądę się milion razy, będę spać bez ryzyka pobicia.
Tak, Trianon to dla nich mało.
TRUE!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńno dawaj, już masz nowe wycieczki za sobą.mmmm
OdpowiedzUsuńno i co?
OdpowiedzUsuń