To wszystko w czasach, gdy gorące, lepkie lipce końca lat dziewięćdziesiątych tłumiły baczność słodkim bzyczeniem miodnych pszczół. Poniżej lipowych koron, kwater ich buzowania, w ziemskim pyle ludzkość przedstawiała swe łatwe do przeoczenia dramaty.
Czarną serię rozpoczął trzydziestoparolatek, nieestetycznie rozmazany na płasko na drodze krajowej przez dalekobieżną ciężarówkę, gdy po pracy wracał motorem do domu. Oprócz motoru miał jeszcze trzy, zdecydowanie nie tak hołubione, miłostki: brzydką krzywonogą żonę i dwóch synów. Gdy ojca zabrakło, oczywisty scenariusz zagrało życie. Wyrostki dosłownie wlazły matce na głowę, po ulicy zaczęły biegać nie kiełznane dobermany, a w gaiku za gimnazjum na głowach tłukły się z brzdękiem flaszki po prycie. Stara, przykuta do wiklinowego bujanego fotela znienawidzona świekra doświadczyła nie raz swądu papierosów gaszonych na płytce paznokcia. Powtórzy się już niedługo, gdy pokracznej matce już sił całkiem przestanie starczać, a młodzieńcy osiągnąwszy pełnoletniość drwić zaczną sobie w żywe oczy z zakonu, znana w sąsiedztwie historia: wdowa uzupełni galerię cieni Czarnych Matek. Takich matek poznali już wcześniej trzy: przekleństwem dla każdej było, że urodziła syna. Chłopcy byli za młodu piękni, pewnie bystrzy. Nie zaznawały ustanku ich hulanki i popisy, nie przestawał wirować wianuszek dziewcząt - aż ich zżarła własna hardość.
Pierwszy, z zawodu surwiwalowiec - umiał przynieść do domu zawsze coś do jedzenia, zazwyczaj gołębia lub rybę - pił nieustannie. Pił, a gdy matka wrzeszczała na niego jak na trzylatka, w odwecie łomotał ją starą po całym ciele aż trzeszczało; twarda z niej sztuka, nigdy się nie uskarżała. Wreszcie którejś nocy po prostu zmarła, okazało się, że na rozległego raka z przerzutami do wszystkich narządów. Dobrze jeszcze kwiaty nie uschły na cmentarnym pomniku, a jej wnuczkę przyłapano, jak w ciasnej wynajmowanej pakamerze obsługiwała z koleżanką na jednej pryczy czterech robotników z Gorlic, zatrudnionych przy remoncie szkoły.
Matka drugiego wysiłkiem młodych rąk skrobała stołeczne cegły piwniczne ze starego cementu i organicznych śladów obu powstań, odbudowywała krajowi Warszawę. Pracowała ciężko dojeżdżając codziennie tam i z powrotem 90 kilometrów zatłoczoną koleją, do której szła godzinę przez pole i las. Wychowywała trójkę, trzymała te kury, te kaczki w mikrym ogródku upstrzonym malowniczą wieżyczką z klatek na pomieszkanie bożemu tałatajstwu. Warzywa rosły, i jeszcze nawet miejsce na psią budę dla łagodnego, starego wilczura się znalazło. Brała wnuki na kolana i - jak to przedwojenna matka - domagała się od swojego syna ślubu, choć sama rozwiedziona wiedziała, że małżeństwo to nie zawsze może być najlepszy interes. Syn zemścił się na niej okrutnie, powróciwszy po dwóch latach burzliwego związku i spłodzeniu córki na łono macierzyńskie. I kolejny jego związek rozpadł się z hukiem, gdy rozwódka, która przygarnęła go do siebie, zostawiła dom, dorastających synów; postawiwszy wszystko na jedną kartę wyjechała na zachód. Matka była dlań winną każdego powinięcia stawianej byle jak stopy, ale bez szemrania przygarniała do strudzonej piersi, by na starość oślepnąć i nie móc się doprosić swoich dzieci o umycie pleców. Zniedołężniała, trzymana w kuchennym fotelu, nigdy nie doczekała się w domostwie bieżącej wody. Gził się przy staruszce, gdy ociemniała, z kolejną - w jednej izbie. Konkubina odeszła - więc pił przez miesiąc i rzygał przed siebie, tamta wracała, przyjeżdżała, ugotowała. Matka, idąc jak zwykle po omacku do kibla wedle węglowego pieca wylała na siebie w katolicką Wielką Noc gar gulaszu. Obudzony, jak łomotnął nią w to rozlane duszone mięso z sosem, jak wytargał za siwe włosy raz i drugi. Wylew rozległy, śmiertelnie zraniona dozgonna i niezłomna miłość czy przejmujące upokorzenie - zmarła za kilka dni, zabierając ze sobą księgę tajemnic brunatnych lat wojny, gdy nie sama umiejętnie lawirowała między żydowską, kacapską i nie wiadomo jaką jeszcze tożsamością.
Dla synów los był łaskawy, obchodził się z nimi delikatnie jak Anglicy z kradzionymi pędami kauczukowca. Jednak nie dla wszystkich. Ten z początku ulicy, syn trzeciej Czarnej, a brat smutnej blondynki, która w przebudowanym garażu świadczyła wyszynk z małą gastronomią, został znaleziony w wigilię zaduszony własnymi rzygami po denaturacie.
Wreszcie były i matki, którym dzieci udały się znakomicie, ale mężów sito opatrzności nie odsiało. Biedna krawcowa rodziła te dzieci, rodziła je dzielnie mężowi pijakowi. Mieszkali w dziwnym baraku: po lewej stronie wąskiego korytarzyka malutkie pomieszczonka, jedno na kuchnię, drugie na pierwszych troje dzieci, drugie na kolejnych czworo, trzecie dla krawcowej, staroświeckiej maszyny do szycia, rozpłodowego pijaka, no i dziada z babą - jego rodziców. A po prawej w klatkach tłuste nutrie hodowane na futro, na oko dla każdej zdecydowanie większy metraż niż dla członków ludzkiej rodziny po lewej. Gdy Ludowe Chiny zalewały gospodarki byłych demoludów swoimi pstrokatymi szmatami, a mąż zalewał się tak, że ani razu w tygodniu nie był w stanie iść do pracy, pozbawiona nadziei i niepotrzebna, nieszczęśliwa kobieta utopiła się w studni.
Inna położyła głowę pod szczeciński ekspres, i ta głowa skutecznie ucięta potoczyła się w rów, znacznie oddalając termin pogrzebu. Kto by zresztą wytrzymał mieszkanie w jednym domu z byłym mężem, który z nową, młodszą, obrasta w kolejne dzieci i dobrobyt nuworysza, bo w najlepszym momencie wstrzelił się z bengalskimi stanikami na Jarmarku Europa? Po latach musiał jednak i on zaprzestać dostojnego rytuału rodzinnego mycia samochodu na podjeździe w słoneczne soboty, gdy żonę - tę nową, młodą - oblali mu wrzątkiem koledzy ze stadionu, zadbawszy wcześniej o staranny knebel i przymocowawszy kablem do krzesła. Nie chciała powiedzieć, gdzie trzyma pieniądze, a niemożność samodzielnego ustalenia tego faktu wprawiła bandytów w prawdziwą furię.
Jeszcze jedna, młodo owdowiała, upchnięta po latach samotnego wychowywania córek w pokoiku na stryszku, zaprosiła gościa w wieczór, gdy panny po raz pierwszy samotnie wypuściły się na zabawę. Dostała zawału uprawiając seks na drzwiach; zabił ją pierwszy po pewnie piętnastu latach orgazm. Córki na zawsze pozostały naznaczone nieszczęściem, zięć niefortunnej kochanki powiesił się na drzewie którejś zimy, zaraz po nowym roku, właściwie nie wiadomo dlaczego. Podobno prowadził nie z tym co trzeba swe wcale intratne interesy.
I nagle na głęboką wodę. Jak tu nagle taki czternastolatek, wychudły, niepewny siebie, labilny, ma iść do szkoły - szkoły średniej, i to jednak w mieście, dużym stołecznym, wyrwać się z tego ponurego zadupia we wstrętnym granatowym kardiganie w duży serek?