Śnili mi się dziś ludzie zagrożeni nieuchronnym.
Ludzie po wielekroć opisywani w historii, psychologii i socjologii. Każdy dzień napawał ich narastającą niepewnością, nie wiadomo co zaatakuje, czego zabraknie, skąd nadejdzie, kiedy przeminie i jakich zaznamy strat. Z coraz mniejszym skupieniem mizerniejący tłum wykonuje codzienne czynności, rozplotkowuje się, pogrążony w apatii ożywia się jedynie w sytuacji sensacji lub paniki.
Jak pod okupacją, w getcie, w oblężeniu.
I to wszystko nagle się przeniosło na ten przeklęty, czerwcowy futbolowy czempionat. Okrutne igrzyska chmielu, pstrokacizny i testosteronu, ta potworna gdacząca piosenka, wrzaski z dziesiątków opitych gardeł, odór moczu na każdym kawałku bruku i danse macabre wszystkich barw kapitalizmu w każdym zakamarku rzeczywistości. A tu nagle olśnienie: skoro nie mamy szans w otwartym boju - pójdźmy do lasu! Jak niegdyś, jak zawsze.
Nagły błysk nadziei w dziesiątkach przygasłych oczu wyniszczonych ludzi. Tak! Ukryjmy się przed nimi wszystkimi, niech nas nie dostaną, niech brońmy każdej piędzi naszej ojczyzny! A, nie, jeśli nie o ojczyznę tu chodzi - obrońmy nasze uszargane godności.
I wyruszają kolumnami pod osłoną wieczora na dworce kolejowe. Wiążą w tobołki swoją bieliznę, menażki i płachty z brezentu. Gniotą się w ścisku całonocnym w eszelonach TLK i rozpierzchają się na małych stacyjkach na skraju borów i puszcz. Siły przegrupowują przez kilka dni, kurierzy krążą między grupkami przekazując raz euforyczne, innym razem hiobowe informacje: w Puszczy Solskiej wysyp jagód! - i gęstnieje leśna populacja w biłgorajskiem; w Lasach Goleniowskich plaga żmij! - pustoszeje zachodniopomorskie.
Rozlokowują się na cienistych polanach, organizują sobie noclegi, paleniska, wodopoje. Rozpisują dyżury: kto do wsi za ziemniakami, kto w bór szukać grzybów, kto nad strumieniem przepierkę, kto z cebrem za wapnem do latryn. Sprowadzają mleczną krowę i kury nioski. Leśne życie nabiera codziennych ram, zawiązują się przyjaźnie, sił próbują flirciarze i kokietki. Wieczorem nucą przy ogniskach szlagiery ośmiu ostatnich dziesięcioleci.
Zaraz, zaraz... co my tu właściwie będziemy robić? - nagle ktoś zapyta. No właśnie. Ruszają w szranki szachowe, pływackie, piszą książki kucharskie '100 potraw z brukwi'. Otwierają się jak w obozach jenieckich polowe uniwersytety wiedzy wszelakiej; matematycy zgłębiają dendrologię, kucharze prawo rzymskie, cieśle - francuski. Wymieniają się książkami, debatują, ale też i w sobie czytają jak w bibliotece. Huczy i skrzy się ta leśna kuźnia idei.
Ale wróg nie nadchodzi, umyślni gońcy donoszą: odszedł! Zostawił góry brudu i zgliszcza, ale poszedł. Wyjdą więc z lasu też i leśni ludzie. Nie zastaną UB, SB, krasnoarmiejców, nie zastaną UEFA. Zastaną skacowanych, wydrenowanych z myśli i majątków rodaków. Zadumają się chwilę, by stwierdzić: z lasu wyszedł nowy, lepszy Polak, zdolny, kreatywny i otwarty, nowa siła i nadzieja na przyszłość; zorganizują się w mig, usuną szkody i pchną wielką mocą wspólnoty swój kraj na nowe lepsze tory.
Wspaniały sen.
סליחה בחורות, אני מוצץ זרגים ________________________________ się tu niczego nie spodziewaj
poniedziałek, 7 maja 2012
czwartek, 3 maja 2012
Nagle
W samolocie, który przed chwilą
wystartował spomiędzy wzgórz Atlasu Tellskiego rozmawia się po
arabsku, choć niektóre z małżeństw kłócą się urywanym
szeptem w niderlandkim, flamandzkim lub francuskim, pozostając
niezrozumiałymi dla swoich teściowych-matron. Sportowe buty i
koszulki polo starannie ukrywają afrykańskie pochodzenie pasażerów,
podobnie jak i ich paszporty krajów Unii Europejskiej. Przynajmniej
w ich mniemaniu. Dzieciarnia drze się wniebogłosy i pełza po całym
wehikule, częstokroć podawana z rąk do rąk między rzędami
siedzeń; trzylatka na siedzeniu obok przykleja mi lizaka
do włosów. Chcę zasnąć, ale nie pozwala ten jarmarczny hałas.
Patrzę w okno na rdzawe pustkowie, dziwny płaskowyż upstrzony
wyschniętymi słonymi jeziorami, i niezmącony błękit nieba,
bawię się w rozpoznawanie miejsc z lotu ptaka - to jedna z moich
autystycznych zdolności i rozrywek. W lazur Morza Śródziemnego
wbija się cypel poszatkowany jezdniami, wzdłuż brzegu migoczą
ładne w kształcie i urbanistycznym ładzie domy, z pewnością
dawniej białe; kilka niedorzecznie malutkich z tej perspektywy
okrętów plącze się po redzie.
Oran - myślę. 'Oran, un ville
effrayant... Un état terrible - ktoś komentuje, i w tym małym
momencie dociera do mnie, że nie chodzi mu przecież o Camusa.
Gdy Turcy mordowali Ormian, świat
milczał. Spływająca po zboczach Araratu krew nie zrobiła na
ówczesnych wielkiego wrażenia, przecież przeżywać należało
Lusitanię, Verdun i hiszpankę. Wiadomo, co zrobiła później
historia; trymowanie populacji i społeczności ludzkich według metod jak instrukcje hodowli wysokopiennego lasu, dwudziesty
wiek uczynił tak popularnym, że mało kto byłby je wszystkie w
stanie zliczyć, w języku genocyd obok pesty- i herbicydu zajął
szacowne miejsce jako okrzyk praktyki wśród wynalazków człowieka.
Ale jak się nazywa zagłada Algierii?
Tak, straszny kraj, który powstał z
kolan, by nie czołgać się w przygnieceniu tobołem wyprowadzania
szacownej metropolii, francuskiej matki narodów z ran zadanych
hekatombą drugiej wojny światowej. Ale dlaczego mężczyzna, który
wyprowadził kraj z tego cyklonu przez siedem lat pozwolił pławić Wyżynę
Szottów w śmiertelnej posoce? Czemu zeżarła ona dwa razy więcej
arabskich i berberyjskich ofiar, niż zginęło Francuzów na
wszystkich frontach wojny światowej? Jak może być milion
anonimowych ofiar? Dla każdego doświadczonego traumą wojny jego żałoba jest największa i najważniejsza i żadna gradacja nie jest tu wskazana. Warto jednak, by miliony straconych znajdowały dla siebie choć maleńki ślad w pamięci historii.
Migranci z Algieru do kraju-metropolii
już symbolicznie dowiadują się, jakie może być ich miejsce w
szeregu społeczeństwa francuskiego. Sprawca dramatu ich kraju,
stanowiącego brzemię po dziś dzień, patronuje przecież głównemu
paryskiemu lotnisku. Czym właściwie zasłużył się Charles de
Gaulle dla Warszawy, że dała mu wielkie rondo?
W tym roku umarł Ahmad Bin Balla,
twórca algierskiej niepodległości, po cichu. Na świecie istnieją
raptem dwie ulice Patrice'a Lumumby, który w tym samym czasie
dźwigał z kolan belgijskie Kongo.
Francja nie znalazła w swoim języku słowa na określenie algierskiego dramatu. Francja uznaje zagładę Ormian za
ludobójstwo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)