poniedziałek, 7 lutego 2011

Józef

Józef siedzi ze mną w autobusie, on od okna, ja od przejścia. Ja zachowuję się najokropniej na świecie, zdaję sobie z tego w pewnej chwili sprawę. Słucham muzyki w słuchawkach podśpiewując po angielsku, gram w węża na komórce, na postoju w połowie drogi palę papierosa za papierosem, kupuję w kiosku skittlesy czerwone, marsa, koka kolę 0,5. Niezrozumiała jest dla właściciela kramu moja wzgarda względem kostek cukru podanych do kawy na osobnym spodeczku, uśmiech pod wąsem pobłażliwie kwituje moją minę na widok wygódki. Dzwonię na chwilę do matki rodzicielki, bo zapomniałem tego zrobić wcześniej, i upewniam o mojej doskonałej kondycji. Robię kilka zdjęć ogólnego rozgardiaszu, wiszących w dymie płatów mięsa, dokonuję nieudanych prób portretów z biodra. Wracam do autobusu: mam na sobie tylko t-shirt, a tu zaczyna padać śnieg.

Przejechaliśmy na pewno już ponad sto kilometrów, wszędzie dookoła góry, dawno na dole zostało to wielkie, straszliwie jazgotliwe miasto. Mieszanina woni, arabskich okrzyków i bydlęcych stęków, mnóstwo rąk naruszających moją cielesność na dworcu autobusowym. Nie mam zielonego pojęcia, jak z tego dworca skorzystać. Tłoczą się wszędzie wokół mnie. Odpowiadam na zaczepki łamaną francuszczyzną, ktoś wciska mi kolorowy kwitek, inny coś szybko na tym kwitku pisze, wlecze mnie za ręce, zabiera bagaż, każe zapłacić, jeszcze następny prowadzi do rozklekotanego busa podpisanego ورززات, którego nigdy sam bym nie znalazł. Wciska w fotel koło Józefa i każe siedzieć. Czuję się osaczony, ale powoli się przyzwyczajam. Przez autobus przewija się tłum apostołów głoszących prawdę o Allahu, dzieci sprzedających lizaki i chusteczki higieniczne, żebraczek. Nikt nie ma zamiaru mi powiedzieć, że odjazd nastąpi za, bagatela, półtorej godziny. Smród dusi.

Patrzę na ten śnieg i chwilkę się zamyślam nad tym, że jeszcze rano przed śniadaniem poszedłem pływać w oceanie. Teraz jesteśmy w górach wysokich, gołych i dzikich. Strzeliste ściany zamykają perspektywę przełęczy ze wszystkich stron. Brudna tabliczka podaje nazwę miejsca i wysokość: 2200 metrów nad poziom oceanu. Kierowca rozdaje wszystkim foliowe worki i jedziemy. Nadchodzi zmierzch.

Tak, to bardzo dziwne. Jestem jedynym Europejczykiem w tym wehikule, czuję jak autobus skręca na serpentynach pnąc się z mozołem pod szczyty gór w zupełnej ciemności. Rzygać najpierw zaczynają dzieci, później ich babki i matki, na końcu kilku młodych chłopaków. Nie wiem, co się dzieje; Józef też rzyga. Podaję mu wodę i chusteczki, patrzy na mnie z odrobiną zawstydzenia w oczach, wtula głowę w fotel. Smród, wcześniej słodkawy i niezbyt stanowczy, teraz wypełnił się kwaśną treścią żołądków i staje się nieznośny. Po kolejnych godzinach zjeżdżamy z gór, niebo rozświetlają gwiazdy, księżyc oświetla wielką, pustą, suchą przestrzeń; próbuję wgapiać się w dal. Gastryczność współtowarzyszy podróży przestaje im wreszcie doskwierać, w końcu są w domu. Sahara. W ciemności ich czarne berberyjskie twarze oświetlają niezdrowym błękitem ekrany telefonów, na których uporczywie piszą esemesy od prawej do lewej. Zaczynamy rozmawiać.

Józef jest ode mnie młodszy, ma 22 lata, piękną cerę, kręcone włosy i oszałamiające zęby. Ubrany według lokalnej mody w galabiję i najki. Studiuje w szkole filmowej i właśnie po raz pierwszy w życiu był po drugiej stronie gór. Zachwyciła go roślinność (według mojej miary więcej niż skąpa), ilość ludzi, ilość kin. Marzy, by zobaczyć Paryż i chciałby w nim pracować, robić filmy. Bawi mnie jego angielski, on zwija się ze śmiechu gdy ja usiłuję mówić po francusku. Razem idziemy ulicami miasta, niebo jest bardzo czyste, powietrze bardzo ciepłe, choć jest koniec stycznia. Jego dwudziestoosobowa rodzina mieszka niedaleko, kilkadziesiąt kilometrów, w oazie daktylowej. Józef jeszcze odprowadzi mnie pod drzwi hotelu Royal przy głównym placu, uśmiechnie się nieśmiało, pokiwa głową z niedowierzaniem na me słowa, że w moim mieście jest w tej samej chwili 15 stopni mrozu. Wreszcie z błyszczącymi oczami zapyta mnie, jak wygląda morze, a ja poczuję się najdziwniej w życiu. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bije z naszej rozmowy serdeczna, prawdziwa intymność; jako muzułmanin nie jest wcale zdziwiony, gdy na pożegnanie postanawiam potrzeć moim policzkiem o jego policzek.

Jadę nazajutrz między te daktyle. Szosa wiedzie przez oszałamiającą piaszczystą pustkę, poprzecinaną głębokimi wąwozami efemerycznych rzek. W oddali widać obsypane śniegiem góry, przyczynę niedoli podróżujących autobusem, które wyglądają jak wzór gór z Sevres. Jest mi niesamowicie gorąco, ale nie mogę zdjąć chusty z głowy, piach jest drobny i wszędobylski. Podróżuję starym mercedesem, który w tej części świata pełni funkcję grand taxi - stoi na pylistym placu pod kinem "Sahara" i czeka, aż uzbiera się odpowiednia liczba pasażerów. Trwa to całe przedpołudnie; wreszcie ruszamy, w aucie jest siedem osób i kilkadziesiąt kilo naci z pietruszki. Przy każdym zakręcie przechylam się w stronę młodej kobiety, wyraźnie czując jej kwaśną woń i drżenie wywołane obyczajową trwogą: biały mężczyzna pociera udem jej udo.

Tu już nie ma co cwaniakować, zachodnie słodycze i koka kolę zastępuję daktylami, pomarańczami i słodką miętową herbatą. Mają też fenomenalny wybór orzechów w kolorowych cukrowych lub korzennych posypkach, nasypywanych brudną łapą z wielkiego kosza w rożek z gazety. Po wyjedzeniu orzechów spoziera ze zdjęcia utłuszczony królewski majestat Mahometa VI. Jest dzień targowy. Idę przez tę oazę całymi godzinami, gaj palmowy daje mizerną ułudę cienia. Wszyscy zmierzają w drugim kierunku, na suk. Mężczyźni na osłach, rowerach, pierdzących skuterkach, dwukółkach, wewnątrz lub na dachach ciężarówek. Kobiety na pieszo, otoczone gromadką dzieci, z pouwieszanymi na szyjach i plecach niemowlętami. Wszyscy zgodnie targają za sobą jakieś płody na sprzedaż.

Groble wiją się między poletkami, pasmo górskie na wschodzie zakrzywiło się i przestało być wyznacznikiem kierunku. Domy są zbudowane z gliny, z wnętrz bije piwniczny chłód. System melioracji jest wspaniały, w kwitnących sadach uwijają się w błocie umorusane dzieci, szturchając patykami kijanki. Charczącą arabszczyzną przegania mnie ze swojej działki jakaś zgarbiona kobieta, która w wodzie po kostki sadzi ryż. Wygląda na taką, która już nigdy się nie rozprostuje.

Zgubiłem się, cholera, w tym oceanie wątłych chałup. Na szczęście po półgodzinie dochodzę do szosy, jedzie ciężarówka. Kilku wyrostków pomaga mi się wdrapać na dach, odszukuję stosowną monetę, jadę przez te szczęśliwe wertepy i czuję się bosko. Ciekawe, który to dom Józefa.

Myślę sobie o nim jeszcze później, gdy po raz kolejny stanąłem nad oceanem. Cholernie życzę mu, żeby kiedyś naprawdę trafił do tego Paryża. Tymczasem trzeba zebrać z kamienistej plaży manatki i udać się w stronę domu. Śpiewnie wypowiadam taksówkarzowi podniecającą, najpiękniejszą i egzotyczną nazwę stacji kolejowej: Casa Voyageurs. Casa Voyageurs!

Samolot startuje z małego lotniska. Już się przyzwyczaiłem, że nie ma Europejczyków, bardzo mnie to cieszy. Jeszcze nie wiem, że z pociągu kuszetkowego zabieram ze sobą na wycieczkę do Europy afrykańskie wszy. Budzę się w zimnej, mglistej i drogiej Brukseli, nie można nigdzie palić a byle kanapka kosztuje krocie. Tego chcesz, Józefie? Naprawdę?

Jeśli chcesz pokazać Józefowi Paryż, albo morze, napisz do niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz